Opozycyjny wyścig żółwi

Mówi się, że gdy ucieka się przed lwem, to nie chodzi o to, by być szybszym od lwa, bo na to nie ma szans, ale by nie być tym ostatnim z uciekających. Trochę z podobną sytuacją mamy do czynienia w obozie opozycyjnym przed I turą. Mianowice kandydaci skupiają się nie na tym, żeby dogonić prezydenta Andrzeja Dudę, lecz na tym, by nie przegonić Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Ni w ząb nie rozumiem tego marazmu. 

Już dzisiaj Władysław Kosiniak-Kamysz i Szymon Hołownia powinni od rana do wieczora powtarzać, że kandydatka PO po prostu nie nadaje się na prezydenta Polski. Tymczasem wszyscy sprawiają wrażenie jakby pogodzonych z losem i na wszelki wypadek nie atakują siebie nawzajem, bo przecież po wyborach trzeba będzie razem i w porozumieniu uderzać w PiS. Idiotyczna taktyka, która nie sprawdza się od pięciu lat. Nic nie przekonuje mnie do tego, że opozycji chodzi właśnie o tę zgodę na bezczynność i mierność. Wszystko na minimum. Nie wychylamy się i czekamy, może PiS-owi coś się nie uda. Brakuje po stronie opozycji realnego sporu o ideę i wizję państwa. A także programowych różnic i pomysłów, jak poprawić życie zwykłego Kowalskiego. Zamiast tego szuka się sztabowców po Muzeach Figur Woskowych. Bo jaka myśl stoi za tym, by w sprawach międzynarodowych doradzał Robertowi Biedroniowi Stanisław Ciosek? Co do kampanii wyborczej może wnieść Marek Belka? Jaką nową jakość przyniesie Sławomir Nowak? Nadal większość kandydatów opozycji ma swoich wyborców za baranów, którym nie trzeba niczego proponować, a którym wystarczy zapewnienie, że najmocniej ze stawki nienawidzi się PiS-u i obozu rządzącego. Do niczego to nie prowadzi. Nie daje żadnej alternatywy. A z perspektywy szerszej, propaństwowej jest szalenie szkodliwe. 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: