No deal. Unia będzie musiała poczekać na budżet

Ostatni szczyt unijnych przywódców zakończył się tak, jak wielu się spodziewało – bez osiągniętego porozumienia. Jedynym zaskoczeniem może być fakt, że różnice były na tyle duże, iż nie zdecydowano się na krok, który wcześniej sugerował przewodniczący Rady Europejskiej – wydłużenie szczytu o kolejne dni. 

Rozmowy o Wieloletnich Ramach Finansowych, potocznie nazywanych budżetem UE, są zawsze trudne i rzadko kiedy idą zgodnie z ustalonymi wcześniej planami. Zresztą to właśnie z tego względu zdecydowano się zastąpić coroczne, mozolne negocjacje wieloletnimi ramami. Jak to podsumował jeden z brukselskich korespondentów: „Zasada jest taka: wszyscy mówią: »To jest nasze stanowisko i nie cofniemy się nawet o krok«, aż w końcu wszyscy powoli to swoje stanowisko zmieniają”. 
Ale by do tych kompromisów doszło, potrzebny jest czas. Wygląda na to, że w przypadku tego budżetu tego czasu i kompromisów potrzebnych będzie naprawdę sporo. Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, dziura pozostawiona po brexicie, którą ocenia się na 60–74 mld euro. Po drugie, spór między państwami, które chcą budżetu „ambitnego”, a tymi, które chciałyby, żeby Bruksela gospodarzyła się oszczędniej. Po trzecie, spór o priorytety. Czy budżet ma się skupiać na tradycyjnych wydatkach UE, np. na fundusze spójności, czy na nowych wyzwaniach, jak walka z ociepleniem klimatu i rozwój cyfryzacji.

Skąpcy kontra przyjaciele spójności
Jedna z podstawowych rozbieżności na samym szczycie dotyczyła wielkości budżetu. Propozycja Komisji Europejskiej zakładała niewielkie jego powiększenie, do 1,069 proc. dochodu narodowego brutto (DNB) 27 państw członkowskich. Jednak ta, nieco mniejsza (o 5 mld euro) propozycja była i tak zbyt wysoka dla grupy państw płatników netto, wśród których w sposób najbardziej otwarty głos zabierały Niderlandy, Szwecja, Dania i Austria. Te państwa chcą, aby europejski budżet nie przekraczał 1 proc. DNB 27 krajów członkowskich. ...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: