Mówił o sobie: dopóki gram, jestem zdrowy.

Mietek Kosz nie chciał, jak jego niewidomi koledzy z ośrodka, kleić pudełek czy skręcać szczotek, chciał zostać wybitnym pianistą wbrew wielu przeciwnościom. I został. Muzyka stała się jego miłością, pasją, treścią życia – opowiada reżyser filmu „Ikar. Legenda Mietka Kosza”. Z Maciejem Pieprzycą rozmawia Sylwia Kołodyńska

Czy można nie kochać jazzu i zrobić film o Mietku Koszu?
Wszystko jest możliwe. Czasami to, że nie jesteśmy specjalistami w jakiejś dziedzinie, powoduje, że mamy ciekawsze spojrzenie na jakąś materię. Nie uważam się za znawcę jazzu, ale słucham tej muzyki. Jazz może nie był moją pierwszą miłością, był nią – jak to się najczęściej zdarza u młodych ludzi – rock, ale do jazzu stopniowo dojrzałem i doszedłem.

I do Mietka Kosza też?
Przyznam, że długo go nie słuchałem. Mietek Kosz, pomimo fantastycznej muzyki, jaką po sobie pozostawił, nie był za bardzo obecny w powszechnej świadomości…

I chyba cały czas nie jest, dlatego cieszę się, że zrobił Pan ten film.
Wierzę, że „Ikar. Legenda Mietka Kosza” go przypomni i widzowie będą chcieli sięgnąć do jego biografii, a przede wszystkim posłuchają jego muzyki.

Za co można pokochać Mietka Kosza?
Za to, że w pewnym momencie życia rzucił wyzwanie losowi i swojej niepełnosprawności. Nie chciał, jak jego niewidomi koledzy z ośrodka, kleić pudełek czy skręcać szczotek, chciał zostać wybitnym pianistą wbrew wielu przeciwnościom. I został. Muzyka stała się jego miłością, pasją, treścią życia. Mówił o sobie: dopóki gram, jestem zdrowy. W tych chwilach nie uważał się za niewidomego, „gorszego” od innych. Bardzo w nim to cenię.

Kosz, grając utwór „Ikar”, podkreślał, że to kompozycja o nim. A co Pan słyszy w tym utworze, że zdecydował się Pan użyć go w jednym z kluczowych momentów filmu?
Ikar to bardzo silna metafora. Zdecydowałem się na...
[pozostało do przeczytania 43% tekstu]
Dostęp do artykułów: