Grzybowa gorączka. Slow sport

Polaryzacja. Kopanie rowów. Spory ideologiczne. Wydawałoby się, że w Polsce nie ma już rzeczy, która byłaby ponad podziałami i łączyła. Jednak pojawiają się takie momenty. „Masakra maślaków i prawdziwków to nasz sport narodowy” – napisał ostatnio jeden z internautów. I miał rację. Polacy kochają zbierać grzyby, i to niezależnie od wieku, wykształcenia, preferencji politycznych, religijności.

Pisząc kilka tygodni temu tekst o roli grzybów w ekosystemie, nie miałem większej nadziei, że w tym roku uda mi się cokolwiek nazbierać. Lato było wyjątkowo suche. W lasach, gdzie zwykle chodzę z koszykiem, deszcz padał sporadycznie. Nagle jednak w ostatniej dekadzie września, gdy zgodnie z podręcznikami o grzybach powinniśmy już zbierać właściwie same opieńki, stała się rzecz niesamowita. Wystarczyło trochę deszczu i słońca, aby Polacy masowo ruszyli na grzyby. Twitter i Facebook zapełniły się zdjęciami koszy prawdziwków i okazów bijących rekordy. To potęgowało moją frustrację.

Sport dla każdego
Od zawsze myślałem, że żeby nazbierać grzyby, trzeba się nałazić. W tym roku chciałem sprawdzić, jak jest naprawdę. Przecież przez kilka godzin w lesie musi się zrobić parę ładnych kilometrów. Dlatego w tym roku postanowiłem wszystko dokładnie zmierzyć. Na rękę założyłem sobie zegarek liczący kroki, wziąłem koszyk, nożyk do czyszczenia (w sumie nie wiem po co, bo i tak tego nie robię) i ruszyłem w las. Wybrałem piątek rano. Jeszcze przed weekendem, a więc przed tabunami ludzi. Nie wstałem jakoś szczególnie rano, jednak około siódmej byłem już w lesie. Celem były tym razem prawdziwki, czyli borowiki szlachetne. „Wikipedia” pisze o nich, że występują w Ameryce Północnej i w Europie, a w Polsce często spotykane są zwłaszcza w górach, rzadziej na nizinach. Szczerze mówiąc, z mojej perspektywy wygląda to trochę inaczej. Do zbierania grzybów wybrałem las mieszany, gdzie spotyka się zarówno gatunki liściaste, takie jak dąb, lipa i...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: