W cichej wiosce gdzieś tam. Wśród Indian Yequana

O tej mieścince można by napisać tylko tyle, że „leży gdzieś tam”. Na pewno bardzo daleko. Posługując się baśniową narracją: „za siódmą górą, za siódmą rzeką…”. A właściwie tylko za tym drugim. Gór tu bowiem jak na lekarsko. Za to rzeki w bród.

Jesteśmy więc „gdzieś tam”. Gdzieś w amazońskiej dżungli. Gdzieś między Rio Orinoko a Rio Cunucunuma. U dzielnych Indian Yequana. Ludzi po dłuższym poznaniu zupełnie otwartych. Aczkolwiek z drugiej strony nieprawdopodobnie wręcz małomównych. Przez tę drugą cechę przybywający tu „biały człowiek na łodzi” musi się nieźle nagimnastykować, aby cokolwiek załatwić.
– Stefano, zrobisz mi zdjęcie z jedną z córek wodza? – wypala nagle w moim kierunku indiański przewodnik, z którym przywędrowałem w to miejsce.
– No pewnie!
– Lo siento! Przepraszam! Możemy sobie zrobić zdjęcie? – nieśmiały chłopak zwraca się do jednej z najważniejszych dziewcząt w wiosce. – Mój znajomy ma aparat. Usiądziemy sobie może tam. Na ławeczce.
– Ale, ale... Damas y caballeros... Kochani… Może wypadałoby wpierw zapytać wodza o zgodę? Czy to nie tak się u was rozwiązuje takie historie? – zwracam uwagę, powolnie przystawiając wizjer aparatu do oka.
– Stefano, daj spokój. Znam gościa od lat. Nie będzie robił problemów. Rób zdjęcie. Śmiało! – instruuje już zupełnie pewny siebie Indianin, coraz bardziej wtulając się w uśmiechniętą od ucha do ucha dziewczynę.
Przyznam, że ten człowiek wciąż mnie zaskakuje. Spędzamy ze sobą w ciągu ostatnich dni całe doby. Na jednej łodzi nie ma przecież dokąd uciec. Wydawało mi się więc, że już gościa trochę poznałem. Dopiero teraz widzę, jak bardzo się myliłem. Nie miałem pojęcia, że pod tą skorupą nieśmiałości może kryć się prawdziwa dusza podrywacza.
– Co tu się dzieje?! – z moich rozmyślań wybudza mnie nagle wrzask zza pleców.
– Nic, nic, señor. Pomyślałem sobie tylko, że skoro ostatnimi czasy i tak rzadko u was bywam, to może chociaż zdjęcie z uroczą...
[pozostało do przeczytania 52% tekstu]
Dostęp do artykułów: