Problemy z karpiami i Adolfem Hitlerem

„Karpie bijem” to historia agresywnego wiejskiego kmiota, który nie przepuści zarówno żywemu, jak i martwemu. A we wrześniu ukaże się podręcznik historii alternatywnej. Przenoszę wyobraźnię do świata, w którym Polska wygrała II wojnę światową. W końcu stanęliśmy oko w oko z Adolfem Hitlerem, któremu udało się dokopać… – mówi Andrzej Pilipiuk. Rozmawia Grzegorz Wszołek

Czym zaskakuje Andrzej Pilipiuk w „Karpie bijem”? Dlaczego warto sięgnąć po ten zbiór opowiadań?
Zasadniczo to 17 opowiadań z gatunku wiejskiej satyry fantastycznej. Lektura łatwa i przyjemna, w której jest dużo prymitywnej przemocy, alkoholu i siermiężnego seksu. Każdy czytelnik z przyjemnością sięgnie po „Karpie bijem” po powrocie z pracy lub po ciężkich zajęciach na uczelni. To taka guma do żucia dla oczu – posłużę się opisowym porównaniem. Jeśli ktoś nie chce włączać telewizora wieczorem, tylko w nieco bardziej intelektualny sposób spędzić wieczór, to będzie propozycja dla takiego odbiorcy. Czytelnik dowie się, jak zamienić Babę Jagę w broń zagłady, albo też pozna negatywne konsekwencje Światowego Dnia Przytulania.

Czy aby puścić wodze fantazji przy lekturze, trzeba znać szczegółowo losy przynajmniej głównego bohatera – Jakuba Wędrowycza?
W zasadzie nie, bo każde opowiadanie jest autonomiczne. Zatem nie trzeba znać wcześniejszych przygód Jakuba Wędrowycza. Można o jego perypetiach czytać całkowicie oddzielnie. „Karpie bijem” to historia agresywnego wiejskiego kmiota, który nie przepuści zarówno żywemu, jak i martwemu. Spierze sąsiada, ducha przegoni i wampira przekołkuje. Lubi się oczywiście napić. Uwielbia rozwiązywać konflikty za pomocą przemocy, a przy tym jest bardzo cwany. Wędrowycz to typowy Polak ze wszystkimi naszymi narodowymi wadami i zaletami. Nawet przywary w ostatecznym rozrachunku – w sytuacjach podbramkowych – okazują się działać na korzyść Wędrowycza.  

Dlaczego akurat wybrał Pan...
[pozostało do przeczytania 39% tekstu]
Dostęp do artykułów: