Czy dzieci lubią się bać?

Ekranizacja powieści dla dzieci słynnego skandynawskiego pisarza Jørna Liera Horsta zmusza do stawiania pytań o granice dziecięcego strachu. Zresztą, co tu dużo kryć, na przełomie dziejów twórcy nie oszczędzali dzieci.

A niemal traumatyczne sceny były normą, na przykład gdy Gargamel chciał robić zupę ze Smurfów, czarownica tuczyła Jasia, by go zjeść, a macocha truła Królewnę Śnieżkę. Wydawać by się więc mogło, że poszukiwanie ducha wisielca w „Operacji Człowiek w czerni” to żaden wyjątek. A jednak trudno podczas seansu pozbyć się dyskomfortu, w który wprowadza opowieść o samobójcy, poszukiwaniach na cmentarzach i tajemnicach skrywanych w podziemiach kościoła. Przypomnę, że film jest dla dzieci. Jedyne, za co można podziękować twórcom, to fakt, że nocne sceny pod dębem, na którym powiesił się kiedyś człowiek, nagrywano w tzw. szarówce, a nie ciemną nocą.

Tiril i Olivier to młodzi detektywi zaopatrzeni w komórkę robiącą dobre zdjęcia, cement do przygotowania odlewów odcisków butów i psa Ocho. Gdy pewnego razu zauważają tajemnicze dziury wykopane w okolicy starego dębu, postanawiają rozwikłać tę zagadkę. Przy okazji poznają dramatyczną historię włóczęgów, obrabowanego złotnika i starego młyna. Tradycyjnie jest też ukryty skarb. Mamy tu film, który trudno zakwalifikować jako kino dla dzieci ze względu na ciężki kaliber trupiaszczej opowieści. To coś więcej niż historie o duchach. Kilkuletni widzowie dowiedzą się na przykład, że samobójcy są przeklęci i nie należy im się pochówek na tradycyjnym cmentarzu. W „Operacji Człowiek w czerni” granica między historyjką z dreszczykiem a thrillerem psychologicznym jest momentami trudna do uchwycenia. I pomyśleć, że finalnie chodzi przecież tylko o to, by bohaterowie znaleźli skrzynię ze skarbami. Cóż. Kiedyś wystarczyła mapa i trochę wyobraźni.

„OPERACJA CZŁOWIEK W CZERNI”
Reż. Grethe Bøe-Waal
NORWEGIA, 2019
Premiera: 6 września
Ocena 3/6
[pozostało do przeczytania -3% tekstu]
Dostęp do artykułów: