Alarm groźny jak Lewica

Słuchałem konwencji Lewicy i powiem szczerze, nie za wiele z niej zrozumiałem. Politycy SLD obiecują, że zbudują milion mieszkań. Nie musieliby tego robić, gdyby swojej obietnicy dotrzymali w latach 90., gdy niemal to samo obiecywał w kampanii Aleksander Kwaśniewski. Włodzimierz Czarzasty wzywał do obrony konstytucji, w której jak wół stoi, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, by za chwilę forsować związki partnerskie.

Robert Biedroń obiecywał, że uniezależni nas od gazu z zagranicy, pomijając prosty fakt, że Polska nie jest Kuwejtem i po prostu nasze polskie złoża są zbyt małe, aby zapewnić naszemu krajowi samowystarczalność. Oczywiście pomijam fakt, że gdyby nie poprzednie rządy lewicy i zakopanie pomysłu importu gazu z Norwegii przez Leszka Millera, to dzisiaj nie musielibyśmy pewnie płacić za gaz najdrożej w Europie i uwolnilibyśmy się z paska Rosji. Po konwencji w Arenie Ursynów można powiedzieć, że najciekawszym momentem w tym całym spektaklu była chwila, gdy odezwał się alarm przeciwpożarowy. Okazało się, że zagrożenie pożarowe było tak samo prawdziwe jak program Lewicy i po kilku minutach Robert Biedroń mógł wrócić do straszenia Kościołem i gadaniny, jak to on z Brukseli będzie opodatkowywał kler. Podsumowując, SLD z przyległościami nie zaprezentowało nic nowego i nic konkretnego. Wszystkie zapowiedzi już kiedyś padły. Łatwo również przewidzieć, co się będzie działo, gdyby Czarzastemu i spółce przyszło rządzić. Po prostu będą robić wszystko na odwrót. Z jednym wyjątkiem. Z jednej obietnicy muszą się wywiązać: przywrócić wysokie emerytury dla byłych ubeków. Przywileje dla swoich muszą być.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: