Czego uczy przypadek Konfederacji

Konfederacja, nawet wzmocniona głosami wyborców Kukiza, nie przekroczy progu 5 proc., jeśli wysoka frekwencja narzuci wymóg znacznego przekroczenia bariery 1 miliona głosów. Konfederacja wprawdzie próbowała przeprowadzić pewną racjonalizację, pozbywając się Huberta Czerniaka, ale nic to nie dało, gdyż została pomyślana jako sojusz ugrupowań skupiających w dużej mierze różnorodną szurię.

Pełna racjonalizacja wymagałaby odsunięcia nie tylko Lechitów, lecz także reptilian i płaskoziemców, czyli Brauna i Korwina, co jednak odsunęłoby ich niszowe elektoraty, a na pozyskanie normalnych zwolenników nie byłoby już czasu, nie mówiąc o koniecznej zmianie retoryki. Konfederacja nie ma więc szans na stanie się normalnym ugrupowaniem. Wprawdzie uzyskano przejściowy i ograniczony sukces, pozyskując sfrustrowaną młodzież dla haseł prorosyjskich, ale część zwolenników osiągnie pełnoletność dopiero za kilka lat, a wielu zakończyło swoją działalność na trollowaniu w internecie. Z całej historii można jednak wyciągnąć dwa wnioski. Konfederacji udało się skanalizować w znacznym stopniu bunt pokoleniowy przeciwko państwu 60-, 70-latków stworzonemu po 1989 roku i kiszącemu się od tego czasu we własnym sosie. Ten bunt z programem ma niewiele wspólnego, gdyż przeciwnik postrzegany jest w kategoriach pokoleniowych. Prorosyjscy leaderzy Konfederacji narzucili prorosyjską narrację młodzieży, która potrafi tylko powtarzać slogany i rozumować prostackimi sylogizmami, gdyż już od dawna odwykła od czytania i rozumowania przyczynowo-skutkowego. Dlatego prostackie wytłumaczenie wszystkiego jednym hasłem trafia na podatny grunt. Bunt pokoleniowy będzie jednak narastał i siła, która go w pełni skanalizuje, wygra za kilka lat.
 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: