Unia Europejska - Tłok w przedpokoju

Od chwili wybuchu kryzysu w Grecji w 2008 r. takich szczytów odbyło się co najmniej 20 w różnych konstelacjach – dwóch przywódców, czterech, siedemnastu, dwudziestu siedmiu – a ich przebieg był zawsze taki sam: powtarzanie wytartych formułek i pustych frazesów. Merkel w kółko o potrzebie oszczędności, kraje południowej Europy o konieczności pomocy finansowej. I zero kompromisu. Przed szczytem niemiecka kanclerz jak mantrę powtarzała: „Nie będzie uwspólnotowienia długu, dopóki żyję!”. By przepchnąć pakt fiskalny w niemieckim parlamencie, zgodziła się już na pakiet wzrostu dla strefy euro w wysokości 120 mld euro, który ma zażegnać kryzys na szczycie. Inaczej niemieccy socjaldemokraci i Zieloni zablokowaliby ratyfikację paktu i Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS) w Bundestagu i Bundesracie. Nie zamierzała pójść na kolejne ustępstwa.

Wszyscy przeciwko Merkel

Stało się jednak inaczej. Włochy, Hiszpania i Francja rozegrały zręczną intrygę wycelowaną w „żelazną kanclerz”. Po godzinie obrad premier Włoch Mario Monti i szef hiszpańskiego rządu Mariano Rajoy niespodziewanie wydali deklarację, że nie przyjmą pakietu wzrostu, jeśli nie otrzymają w zamian natychmiastowej pomocy finansowej. „Nie będzie zgody na cokolwiek, jeśli nie będzie zgody na wszystko” – głosi deklaracja. To bolesny cios dla Merkel, bo nagle musiała bronić czegoś, czego od początku nie chciała. Bez pakietu nie było jednak po co wracać do Berlina. Wybuchła kłótnia o to, co powinno być teraz dyskutowane. Merkel chciała mówić o pakiecie wzrostu, Monti i Rajoy o kredytach. Tonące w długach kraje południa Europy postawiły w końcu na swoim. Pani kanclerz ugięła się, mimo iż – jak twierdzi niemiecki dziennik „Die Welt” – planowała konferencję prasową o godz. 20, na której zamierzała przedstawić pakiet wzrostu jako sukces. Dopiero o godz. 23 negocjacje rozpoczęły się na dobre.

Tyle tylko, że bez Polski. Premier Donald Tusk zostaje wyproszony z sali...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: