Pingwiny z Berlina i ludzie z Madagaskaru

Felieton [Jedziemy]

Z końcem minionego tygodnia „Gazeta Wyborcza” oraz postępowa część europejskich mediów z triumfem ogłosiły, w ślad za komunikatem berlińskiego zoo, że „nie tylko homoseksualne pingwiny z berlińskiego zoo decydują się na adopcję”. Zanim w ślad za tą szokującą informacją rozpocznie się specjalna operacja pingwiniego komanda pod dowództwem Skippera (nie, nie tego z Berlina, choć tak właśnie nazywa się jeden z bohaterów tekstu „Wyborczej”, tylko tego oryginalnego, z Madagaskaru), z Kowalskim, Szeregowym i Rico w składzie, warto się zastanowić nad tym, jak w szczegółach wygląda ta sprawa i po co w zasadzie postępowy świat tak się nią ekscytuje. Doniesienie o rzekomej „decyzji o adopcji” samo w sobie jest problematyczne. Jak bowiem czytamy w artykule, dwa samce pingwinów przez długi czas nie miały dostępu do pingwiniego jaja, więc wysiadywały kamienie. Decyzję, żeby podrzucić im zamiast kamieni prawdziwe jajo, nie podjęła zatem pingwinia społeczność, ale pracownicy
     
25%
pozostało do przeczytania: 75%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze