Etyka autentyczności i usprawiedliwianie niewierności

Polską i polskim Kościołem wstrząsają ostatnio głośne odejścia kapłanów. I nie chodzi o to, by owych kapłanów osądzać – bowiem kto z nas nie jest hipokrytą, niewiernym, słabym, niech pierwszy rzuci kamieniem – ale o to, by dostrzec i spróbować zrozumieć, jakie motywy stoją nie za samym odejściem (to zawsze jest ludzkim dramatem), ale za jego uzasadnieniem i usprawiedliwieniem.

A te są głęboko zakorzenione we współczesnym myśleniu czy szerzej – we współczesnej mentalności. Takim absolutnie typowym dla współczesności modelem myślenia jest etyka autentyczności, która zwodzi nawet księży (a już na pewno obserwujących ich świeckich). Według tej etyki najważniejsze jest to, czy czujemy, czy w tym, co robimy, jesteśmy autentyczni, czy postępujemy zgodnie z uczuciami, czy realizujemy to, co nam się wydaje. Jeśli tak, to zdaje nam się, że jesteśmy odważni, bo postępujemy zgodnie z naszymi emocjami, a nie z obiektywnym prawem moralnym, zadaniami naszego stanu czy zwykłą ludzką odpowiedzialnością i uczciwością. To dlatego podziwiamy tych, którzy w imię wierności uczuciom odchodzą z kapłaństwa, ale także usprawiedliwiamy i określamy jako odważnymi tych (czasem oznacza to samych siebie), którzy w imię wierności swoim uczuciom porzucają dzieci i małżonka. Problem polega tylko na tym, że prawdziwą odwagą jest trwanie w powołaniu, gdy nie jest ono proste, gdy wali nam się na głowę świat, gdy instytucja jest do bani, a my właśnie zakochaliśmy się. I nie ma znaczenia, czy chodzi o celibat, małżeństwo czy samotność. Odwagą nie jest postępowanie za emocjami, ale... trwanie w wierności, a czasem powracanie do niej, gdy – co jest rzeczą ludzką – upadniemy.

 
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: