Pryszczaty z klasą

Miałem przyjemność spotkać Tadeusza Konwickiego tylko raz. W jakiejś kawiarence w połowie Nowego Światu, do której zaprowadził mnie nasz wspólny wydawca Mirek Kowalski. Nie była to znacząca rozmowa, onieśmielony przeważnie milczałem, szef Nowej mówił o sprawach wydawniczych. Zresztą wkrótce nadciągnął Gustaw Holoubek i czując się jak intruz w cudzej kaplicy, szybko się pożegnałem. Toteż nic nie mogę dorzucić do obrazu, który w pracy „Cudzoziemiec tranzytowy” maluje Lidia Sadkowska-Mokkas.

Był człowiekiem spełnionym, dziejowe burze (łącznie z operacją „Burza” w wileńskiej AK) traktowały go łagodnie. Na swoim szlaku Wilno–Gliwice–Kraków–Warszawa zawsze trafiał na właściwych ludzi. Do stalinizmu przystał z przekonaniem i w neofickim zrywie rzeczywiście pracował na budowie Nowej Huty, tworząc socrealistyczny produkcyjniak „Przy budowie”. Nie zaznał nędzy ani szczególnego zbytku. Władza ludowa troszczyła się, gdy był w partii, ale nie represjonowała szczególnie, gdy rzucił legitymację. Gdy inni koledzy wyładowywali energię w dyskusjach, on pisał i wydawał w podziemiu rzeczy tak świetne jak „Mała apokalipsa”. Dostąpił rzadkiego przywileju autorskich realizacji własnych powieści na wielkim ekranie: „Ostatni dzień lata” „Jak daleko stąd, jak blisko”, „Lawa”. W odróżnieniu od wielu marksistowskich konwertytów, rzadko wytykano mu przeszłość, którą odkupił z naddatkiem. Na starość zgorzkniał, po 70-tce złamał pióro, po śmierci Holoubka stał się samotnikiem przemierzającym śródmieście Warszawy stałą trasą, tak by o godz. 15.00 znaleźć się przy ogrodzie Saskim na zmianę warty. Zmarł po 90-ce. Szczęściarz, za którego nigdy się nie uważał!

Lidia Sadkowska-Mokkas „Konwicki cudzoziemiec tranzytowy” Bellona 2017
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: