Banał zamiast czerni

Piąty sezon „Czarnego lustra” rozczarowuje. I tak właściwie brzmi najkrótsza możliwa recenzja kolejnej odsłony tego słynnego serialu. Gdyby redakcja „Gazety Polskiej” mogła sobie pozwolić na taką ekstrawagancję, to pierwsze zdanie tego tekstu należałoby po prostu wytłuścić, ozdobić zdjęciem, dodać dane dotyczące produkcji i na tym poprzestać. Trudno uwierzyć, w jaki sposób twórcom udało się nakręcić coś tak banalnego. I chyba dobrze, że w przypadku piątej części skończyło się tylko na trzech odcinkach.

Popularny dystopijny serial, od trzeciego sezonu jeden ze sztandarowych produktów Netflixa, od zawsze kojarzy się z otchłaniami cywilizacyjnego czarnowidztwa. Ukazana w nim nieodległa raczej przyszłość niedwuznacznie sugerowała, że technologia zwielokrotni ludzkie wady i stłumi cechy dobre. Człowiek, arystotelesowskie zwierzę społeczne, bo tak właściwie należy tłumaczyć starogrecki termin politikon zoon, jawił się w czarnych lustrach jako istota okaleczona przez wytwory własnych rąk. A my mieliśmy poczucie, że to fikcja gotowa przeistoczyć się w realność, że nasze technologicznie przetwarzane człowieczeństwo nie daje nam boskości, lecz czyni obywatelami pandemonium. Świat pewnie nie okaże się aż tak zły, lecz ostrzeżeń „Czarnego lustra” nie sposób było lekceważyć.

Niestety, w piątym sezonie serialu kipi nie piekło, lecz banały. Ani transpłciowość, ani aluzje do Facebooka, ani ostrzeżenia przed chciwością show-biznesu i potęgą sztucznej inteligencji nie wnoszą nic nowego. Najnowszy sezon przypomina produkt działu marketingu, a nie artystów. Niech czarnowidze z Netflixa wysilą się bardziej.

„Czarne lustro” („Black Mirror”), sezon piąty, reż. Charlie Brooker, Wlk. Brytania/USA 2019
Ocena: 2/6
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: