Przyjaźń nie potrzebuje różowych okularów

Przyjaźń polsko-węgierska trwa tysiąc lat, to fakt. Węgrzy także dziś darzą nas sympatią, którą okazują niemal na każdym kroku. Niech jednak te plusy nie przesłaniają nam minusów. A w zasadzie realiów. Polityki.

Podczas VII Wielkiego Wyjazdu na Węgry węgierski taksówkarz, którego poprosiłem o rachunek, dostał szewskiej pasji i rzucił mi w twarz banknotem o nominale 2000 forintów, który wręczyłem mu za kurs. Wyprosił mnie także z taksówki w dość bezceremonialny sposób. Gdybym przez pryzmat tego zdarzenia patrzył na naszą wyprawę na Węgry, opis byłby przepełniony goryczą, tak jak Budapeszt klubowiczami „GP”.
Byłby to obraz nieprawdziwy, ale tylko troszkę mniej nieprawdziwy niż hurraoptymizm, w który możemy popaść, słuchając przemówienia Viktora Orbána przed budapeszteńskim Muzeum Narodowym, w którym Polakom i Polsce poświęcił sporo miejsca, przekonując, że wspólnie jesteśmy reformatorami dzisiejszej Europy.

Orbán nasz prawdziwy
To nie tak, że Orbán kłamie i jest cyniczny. Zapewne rzeczywiście lubi Polskę i Polaków. Wszak pisał pracę magisterską o fenomenie Solidarności, znał się z prof. Wacławem Felczakiem, który odegrał niebagatelną rolę w kształtowaniu nielicznej węgierskiej opozycji lat 80. Wreszcie Orbán, choć sam jest luteraninem, ceni i szanuje św. Jana Pawła II. Przeszedł jednak długą drogę od liberalnego polityka, domagającego się sanacji postkomunistycznych Węgier na wzór zachodnioeuropejski, do rządzącego twardą ręką przywódcy kraju, o którym z coraz większym przekonaniem można powiedzieć, że skręca w stronę miękkiego autorytaryzmu.
Niech nie zdziwi Czytelników „Gazety Polskiej” ostatnie zdanie, jakby żywcem wyjęte z manifestu Komitetu Obrony Demokracji. Jeśli zdjąć różowe okulary, które przywykliśmy zakładać w relacjach z Węgrami, zobaczymy obraz bardziej szary, ale i bardziej wyraźny od morza flag i serdeczności wymienianych pomiędzy Polakami a ich bratankami.
Viktor Orbán,...
[pozostało do przeczytania 72% tekstu]
Dostęp do artykułów: