Pożegnanie nauczyciela

Felieton [Walka o dusze]

Czasem nie trzeba kolejnej wojenki i warto w felietonie spojrzeć wstecz. Tak będzie tym razem. Zamiast walczyć w starciu cywilizacji, proponuję wrócić do przeszłości, do nauczycieli, którzy mnie (ale przecież nie tylko mnie) formowali. Tak jest ze zmarłym niedawno redemptorystą ojcem profesorem Edmundem Morawcem. Nie widziałem ojca profesora już z dziesięć lat. Nie było okazji, nie wiedziałem, czy on sam by chciał, bo z moimi publicystycznymi poglądami i ocenami nie zawsze było mu po drodze. Nie zostałem naukowcem, filozofię porzuciłem (i wciąż tego żałuję) na rzecz publicystyki i pisania, nie było już okazji do spotkań. Ale bardzo wiele mu zawdzięczam. Bez niego nie zostałbym doktorem, nie napisałbym ani magisterium, ani doktoratu z mojej ukochanej filozofii rosyjskiej. On dzwonił regularnie i prosił: „Panie magistrze, niech pan pisze, bo ja już niedługo umrę, zawałów przeżyłem już kilka”. I tak dzwonił, dzwonił, aż skłonił do pisania. Pamiętam też jego seminaria.
     
55%
pozostało do przeczytania: 45%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze