Emerytury na wcisk

Popatrzmy na wymowę tego faktu – po raz pierwszy od 1989 r. członkowie Komisji Krajowej Solidarności nie zostali wpuszczeni do parlamentu, bo tak zawyrokowało ugrupowanie, które odwołuje się do solidarnościowych korzeni i mieni się „obywatelskim”. Decyzja marszałek Kopacz, „z troski o spokojną pracę posłów”, jest z jednej strony skandaliczna, ale z drugiej niezwykle symboliczna, demaskuje bowiem rzeczywisty charakter obecnej władzy. To sposób myślenia nie tylko oderwany od przestrzegania podstawowych zasad demokratycznych, ale też nacechowany pogardą dla społeczeństwa. Lud w filozofii tej ekipy nie może nic.

Na galerię sejmową teoretycznie może wejść każdy obywatel – wystarczy, że zgłosi się w biurze przepustek. Oczywista zasada obowiązująca dotychczas w Polsce, że Sejm jest miejscem otwartym dla obywateli, została zanegowana. Właściwie trudno zrozumieć tę decyzję marszałek sejmu, podjętą przecież nie wobec ludzi z ulicy, lecz władz największego związku zawodowego. Czy była to gorliwość przyjaciółki premiera obawiającej się, że ten znów usłyszy, tak jak ponad rok temu, z loży sejmowej okrzyki „zdrajca, zdrajca”? Czy zwykła głupota? To symboliczne zatrzaśnięcie drzwi przed nosem związkowcom Solidarności, którzy wcześniej zebrali 2 mln podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego, z równym tupetem zlekceważonym przez PO, wiele o tej władzy powiedziało. Władzy wiedzącej, że na arogancję i butę może sobie pozwolić, bo jest chroniona przez posłusznych, zatrudnianych przez postkomunistyczny establishment dziennikarzy. Gdy od społeczeństwa ekipę Tuska oddziela ekran zaprzyjaźnionego telewizora, czuje się pewnie. Strach pojawia się poza studiem i, co mogliśmy zobaczyć, gdy oburzeni decyzją sejmu związkowcy blokowali wyjście z parlamentu.

Nie paktuj z Tuskiem

Z jednej strony komiczne były sceny, gdy politycy koalicji PO–PSL i Ruchu Palikota błąkali się po Sejmie i wystawali przed budynkiem...
[pozostało do przeczytania 74% tekstu]
Dostęp do artykułów: