Niejaka Alicja… Bourne!

„Fuga” spełnia się jako film o zaniku pamięci spadającym na młodą żonę i matkę. Towarzyszymy jej od jej pojawienia się na dworcu jako włóczęgi, odzyskujemy świadomość w szpitalu z lekarzem, lądujemy w studio TVP i słyszymy telefon od mężczyzny twierdzącego, że jest naszym ojcem.

Etap drugi to wejście w dom matki, potem do mężowskiej willi. Patrzymy na nieprzyjazny świat oczami bohaterki, dręczeni wizjami upadku i rozpadu, doświadczając nieczułości i obcości. Podejrzliwi, poznajemy zapomniane szczegóły i próbujemy odkryć tajemnicę. Identyfikujemy koleżankę, najwyraźniej kochankę męża.

Smoczyńska, autorka „Córek dansingu” o syrenach lądujących w naszym świecie, znów sięga po figurę przybysza znikąd. Jej Alicja/Sylwia to kobieca odmiana Bourne’a. Ale też „Dziewczyna z pociągu”, bohaterka grana niedawno przez Emily Blunt. Tamci też stracili pamięć w wyniku stresu i krzywdy, ale bardziej złożonych niż u Alicji.

„Fuga”, stylizowana na kino tajemnic, na lynchowską przypowieść, zbyt długo wodzi widza po manowcach. Przez chwilę, kiedy nie rozpoznaje jej pies, pytamy, czy może jest duchem, ale nie o to chodzi. Zbyt wiele tu łatwych tricków odwlekających rozwiązanie.

Mamy w filmie lekarza psychiatrę, mamy męża, jej i jego rodziców, ale nikt nie robi, co do niego należy. Ani wtedy gdy zniknęła, ani gdy wróciła. Alicja funkcjonuje w społeczeństwie przeraźliwie źle skomunikowanym. I to jest akurat przytomny trop, szersza diagnoza.

I „Córki dancingu”, i „Fuga” mają wymiar feministyczny. Gabriela Muskała, współtwórczyni scenariusza i odtwórczyni głównej roli, widzi w prowokacjach, chorobowych stanach i zachowaniach Alicji wyraz niezależności, odwagę stwarzania się od nowa. To brzmi ciekawie, ale i niepokojąco, czuć w tym nową, chybotliwą, nieeuklidesową, że tak powiem, filozofię, jak w feministycznym „Wieża, jasny dzień” Jagody Szelc.


Fuga
Agnieszka Smoczyńska
Polska/Słowacja...
[pozostało do przeczytania -3% tekstu]
Dostęp do artykułów: