Giną tancerki, trzaskają kości

W bieżącym repertuarze widzę trzy filmy grozy: „Oblicza zła”, „November”, „Suspiria”. Może będzie ich więcej.

W pierwszym wycofana dziewczyna z toksycznej rodziny odkrywa w lustrze drugie ja, które przejmuje nad nią kontrolę, wkracza w życie bohaterki, pomaga, ale i niszczy jej świat. Ma to sens akcyjny i jak się okaże – moralny, więc wkurza liberałów. „November” to czarno-biały, skansenowy horror wiejski. Najciekawsza w tym gronie „Suspiria” stanowi remake kultowego filmu Dario Argento z lat 70., dzieła niepokojącego i wieloznacznego.
Rzecz dzieje się w Berlinie lat 70., od czasu „Gabinetu doktora Caligari” dobrego miejsca do strachów o podtekstach demonicznych i socjalnych. Amerykanka Susie (Dakota Johnson, znana z filmów o lubieżnym Grayu) z trudem dostaje się do prestiżowej akademii tańca. Jej poprzedniczka Patrycja zginęła, tancerki opowiadają po cichu straszne rzeczy, pilnują ich odrażające babiszony. Od razu widać, że chodzi o coś na kształt sekty i sabatu czarownic. Próbuje nad całością panować Madame Blanc (Swinton), groźna, hipnotyczna jak to ona, ale nie do końca diabelska. Swinton gra też żałosnego psychologa, Klemperera, obciążonego wojennymi traumami, który zamiast dziewczynom pomagać, bezwiednie wpędza je w tarapaty.

Kobiety tu dręczą i są dręczone, kiedy taniec jednej owocuje u drugiej okropnym pękaniem kości. Brewerii terrorystycznych w tle dopuszcza się tu grupa Bader Mainhof, w której, jak wiadomo, też rządziły harpie. Słabi są policjanci, interweniujący i ośmieszeni w teatrze. Beznadziejny jest wspomniany Klemperer, nazywający się tak samo jak badacz klisz i przekłamań faszystowskich narracji („Język trzeciego imperium”).

Film, niedomknięty logicznie, nie odpowiada, komu i po co składane są ofiary z dziewczyn. Ale spełnia się jako nowoczesna opera strachu, bo głównymi graczami są w niej kobiety.

Suspiria
Luca Guadagnino
USA/Włochy 2018
[pozostało do przeczytania -3% tekstu]
Dostęp do artykułów: