Totalna porażka racjonalisty?

Horror bada swoje granice estetyczne i intelektualne. Jestże czystą grą, ożywczym dreszczem dla naszych nerwów czy jednak dotyka tajemniczej istoty rzeczy i natury naszych potrzeb? Oto „Szepty” pokazywały pogromczynię spirytystycznych kantów, która nieoczekiwanie wkracza w krainę traum dzieciństwa i duchowych powojennych spustoszeń. W „Magii w blasku księżyca” magik robił psikusa koledze, stawiając na jego drodze dobrze poinformowaną, piękną oszustkę.

„Przebudzenie dusz”, obraz bezsprzecznie wbijający widza w fotel i mrożący krew w żyłach, nie mierzy tak wysoko. Nie demaskuje blagi, nie utwierdza w wierze. W tej adaptacji głośnej sztuki teatralnej nie chodzi o zbadanie granic poznania, jeno o fizjologiczne dreszcze i publiczność wyprowadzoną w pole.

Alter ego widza, nadęty demistyfikator zjawisk nadprzyrodzonych, profesor Goodman, otrzymuje wezwanie od wielkiego poprzednika, Camerona, by zajął się trzema niewyjaśnionymi zjawiskami, które mogą zachwiać jego sceptycyzmem. Goodman zaprasza nas, byśmy towarzyszyli jego badaniu.

I widz, i Goodman doznają oczywiście porażki. Narzekając zrazu na niedostatek okropieństw, sceptyczny i krytyczny bohater szybko traci chęć do prawienia widzowi racjonalistycznych kazań. Spostrzega, że jest nie tylko badaczem czy kibicem dziwnych wydarzeń, ale i ich uczestnikiem. Postaci zmieniają maski, wcielenia, zjawia się nawet zaginiony czy wręcz zmarły profesor Cameron. Goodman z jednej opresji w pada w następną, na którymś z zakrętów okrutnych wizji przeżywa sytuację z młodości, kiedy umierając ze strachu, nie potrafił pomóc koledze dręczonemu przez rówieśników.

Ten film to labirynt, profesor Goodman nie jest badaczem, lecz obiektem badania. Trochę podobnie było w „Wyspie tajemnic” Scorsese, ale tam background udręk i wizji bohatera był ciekawszy, mniej pretekstowy.

Przebudzenie dusz
Jeremy Dyson
Wielka Brytania 2017
[pozostało do przeczytania -3% tekstu]
Dostęp do artykułów: