Skansen putinizmu. Kiedy sąsiedztwo Rosji nie jest miłe

Turyści lubiący wschodnioeuropejską egzotykę wyjeżdżają stąmtąd z przekonaniem, że oto widzieli skrawek dawnych czasów sowieckich. Nic bardziej mylnego.



– Przypływają czasem tutaj. Na łódkach.
– Kto?
– Rosjanie.
Babuszka Galina mieszka w maleńkiej chatce w wiosce na mołdawskim brzegu Dniestru. Malowniczy krajobraz tej okolicy był pokazany w Trylogii Henryka Sienkiewicza. Ten sam Dniestr skręcający wśród trzcin i lasów, wzgórza pokryte zielenią, tylko że 300 lat temu po tamtej stronie była ziemia Tatarów, a dziś jest Rosjan.
– Po co przypływają? – pytam.
– Czasem towarzysko, czasem na handel. O, ten miód, który jecie, jest od nich.
– To w takim razie miłe sąsiedztwo – mówię.
Staruszka zamyśla się głęboko. – To nie jest miłe sąsiedztwo.
Naddniestrze to liczący pół miliona mieszkańców kraj położony we wschodniej Mołdawii. Żyjąca tam ludność rosyjska została w latach 1991 i 1992 podburzona do buntu przeciwko władzy w Kiszyniowie i z pomocą rosyjskiego wojska utworzyła separatystyczne państwo.
– A ten medal dostałem za wojnę z 1992 roku – opowiada Ion, który podwozi mnie do monastyru w Saharnie. – Ruskie taki burdel miały, przegraliby. No, ale do gry wkroczyły regularne wojska – weteran ma na myśli wojska gen. Aleksandra Lebiedzia, który rozprawił się z milicją mołdawską i zorganizował zmilitaryzowaną granicę Naddniestrza, czyli Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej, nieuznawanej nigdzie na świecie – nawet przez finansującą ją Federację Rosyjską.
– Ja bym chciał, żeby to już był jeden kraj, jedna Mołdawia – ciągnie Ion. – Moglibyśmy być częścią cywilizowanego świata i jeździć swobodnie od Bugu po Atlantyk.
Mój rozmówca należy do grona proeuropejskich Mołdawian, ale to nie oznacza, że jest w większości. W kraju żyje wielu Rosjan, ale też wielu rumuńskojęzycznych Mołdawian (kraj nie ma własnego języka, w szkołach uczy się rumuńskiego i rosyjskiego) wierzy w potęgę...
[pozostało do przeczytania 68% tekstu]
Dostęp do artykułów: