Wulff pod ostrzałem wuwuzeli

W kilka dni po ogłoszeniu swojej rezygnacji Wulffowi przyznano 200 tys. euro rocznie dożywotniej renty i jakby tego było mało – dodatkowo 300 tys. euro na pokrycie kosztów prowadzenia biura, opłacenia pracowników, szofera i służbowego auta. W osobnej puli przewidziano ubezpieczenie na wypadek śmierci, które w razie nieszczęścia ma zasilić konto jego małżonki Bettiny.

Pod dokumentem zatwierdzającym wypłatę dożywotniej renty dla Wulffa podpisał się pracownik kancelarii prezydenta, który jeszcze do niedawna na co dzień służył mu radą i pomocą. Państwo niemieckie i podatnicy przez następne lata wypłacą swojej nieudolnej, byłej głowie państwa miliony euro. Horrendalne kwoty dla prezydenta, który ustąpił pod naporem mediów i prokuratury.

W dzisiejszych czasach zdrowy, 50-letni mężczyzna ma szanse dożyć nawet 100 lat. Nic dziwnego, że przypadek Wulffa i jego nieprzyzwoicie wysokiego uposażenia bez reszty pochłonął niemieckie społeczeństwo. Sytuację zaogniła jeszcze sprawa uroczystego pożegnania głowy państwa, czyli tzw. capstrzyku. Zastanawiano się, czy Wulff zasługuje na uroczste oddawanie mu honorów przed pałacem Bellevue. On sam nalegał na tę ceremonię, która ostatecznie odbyła się w atmosferze skandalu i przy wymownie niskiej frekwencji wielu ważnych osobistości niemieckiego życia politycznego. W uroczystościach nie wziął udziału żaden z czterech byłych prezydentów Niemiec, tj. Walter Scheel, Richard von Weizsäcker, Roman Herzog i Horst Köhler.

Na pożegnaniu Wulffa nie pojawił się również przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego. Uczestnictwa odmówili minister finansów Wolfgang Schäuble oraz minister pracy Ursula von der Leyen, która notabene była dawną, podobno dobrą znajomą Wulffa jeszcze z czasów premierostwa w Dolnej Saksonii. Także liderzy opozycyjnej SPD, Zielonych i Die Linke trzymali się oczywiście z daleka od ceremonii Wulffa.

Od początku było wiadomo, że capstrzyk Wulffa będzie żałosnym przedstawieniem i że...
[pozostało do przeczytania 54% tekstu]
Dostęp do artykułów: