Kochajmy syrenki!

Motoryzacja [Mistrz kierownicy ucieka – Syrena]

Mój wujek miał syrenę. Jeździliśmy nią na rodzinne wycieczki za miasto. Jako dziecko nie lubiłem tego samochodu. Gdy siedziałem na tylnej kanapie, wtłoczony między mamę i ciocię, czułem się zmielony jak paprykarz szczeciński. Na dodatek nic nie widziałem przez przednią szybę, bo siedzenie było umieszczone zbyt nisko, a szyba dość mała. To niejedyna wada konstrukcyjna syreny. Inną było mocowanie reflektorów. Kto miał ten samochód, ten wie, że po paru latach robiła się rdzawa obręcz w miejscu spawu. Żeby zatankować pojazd, trzeba było w bagażniku mieć kanister, w którym mieszało się benzynę i olej ze względu na to, że silnik syreny był dwusuwem. I, jak wiemy z filmu „Brunet wieczorową porą”, każdy właściciel dłonie miał upaprane od ciągłych napraw. Lecz syrena była polska. To pierwsza rodzima konstrukcja po drugiej wojnie światowej. Wykorzystująca co prawda podzespoły z sowieckiej pabiedy zwanej warszawą, ale myśl konstrukcyjna była nadwiślańska i, co ważne, nowoczesna
     
23%
pozostało do przeczytania: 77%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze