Wolność krzyżami się mierzy. Bohater Lubelszczyzny

O życiu i walce swojego taty Jana Leonowicza „Burty”, Żołnierza Niezłomnego, bohatera Lubelszczyzny zamordowanego przez UB w 1951 r., opowiada pani Barbara Leonowicz-Babiak. Rozmawia Magdalena Łysiak

Pani tata dowodził jednym z większych i najdłużej utrzymujących się oddziałów na Zamojszczyźnie. Jak mu się udało przetrwać tak długo?
Przede wszystkim dobrze żył z ludźmi. Miejscowi naprawdę go kochali. Jego żołnierz Czesław Skrobanowski „Mały” opowiadał mi, że w pięciu powiatach współpracowało z nimi niemal 600 rodzin! Poza tym ojciec bardzo panował nad podwładnymi, nie było rozbojów, kradzieży, nie można było pić i palić. Ale jak któryś z nich był chory, to tata potrafił wiele kilometrów przejść, żeby kupić leki. Rozpaczał, gdy ginął jego człowiek. „Mały” powiedział mi kiedyś: „Był tylko jeden człowiek, któremu wierzyłem i którego kochałem – to był Pani ojciec”. Poza tym tatuś miał olbrzymią fantazję, zachowywał się nietypowo i to często go ocalało. Był wesoły, figlarny, bardzo kontaktowy, a także szarmancki wobec kobiet, co wspominały sanitariuszki z oddziału.

Podobno doskonale znał las.
Przed wojną uciekał ze szkoły, żeby podpatrywać leśne zwierzęta, opowiadał o nich niezwykłe historie. Czuł się w lesie jak w domu. Mnie też uczył lasu. Mówił mi, że nie ma dwóch takich samych drzew, pokazywał: „Zobacz, jak ci się kłania ta brzoza, księżniczko, spójrz: korzenie tej sosny tworzą mostek, żebyś mogła po nim przejść”. W ten sposób zapamiętywałam drogę, którą jechaliśmy, i potem mogłam prowadzić do niego ludzi. Umiał też niesamowicie szybko i dobrze się maskować. A po zachowaniu zwierząt wiedział, że ktoś idzie i z której strony. Zresztą zwierzyna w lesie traktowała partyzantów jak swoich, nie uciekała przed nimi. Tam, gdzie obozowali, były żmijowiska, często kiedy budzili się rano, żmije wypełzały z ubrań. Nigdy ich nie zaatakowały.

Z drugiej strony jednak życie w...
[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: