Polowanie na Gaucka

Angela Merkel nie tyle poczuła się urażona tym, że Gauck wrócił jak bumerang po tym, jak dwa lata temu własnoręcznie wyrzuciła go z niemieckiej polityki, ale tym, że postawiła na złego konia. Kompromitacja Wulffa jest bowiem jej własną. Żelazna dama Europy, na której widok Sarkozy, Barosso i dziesiątki innych spuszczają z tonu, posadziła w Bellevue człowieka, który splamił urząd prezydenta Republiki Federalnej Niemiec machlojkami podrzędnego cwaniaka.

Jeżeli kanclerz Niemiec nie wie, komu na własnym podwórku udziela wsparcia, jeżeli nie zdołała prześwietlić Wulffa na okoliczność wszystkich możliwych tajemnic, trupów schowanych po szafach i poza nimi, to państwo niemieckie nie jest być może tak poważne, za jakie zwykło się je uważać. Powrót Gaucka musiał być dla Merkel ciosem, ale medialne przeczołganie Wulffa musiało być nieporównywalnie boleśniejsze.

Frustracja szpicla

Joachim Gauck może irytować przeciwników politycznych. Słynie ze swojej elokwencji i opanowania, jest świadomy własnej wartości i bezpretensjonalny. Większość Niemców kojarzy jego nazwisko ze szlachetnością czynów i błyskotliwym umysłem. Nic dziwnego, że jest solą w oku dla tych, którzy NRD-owski rozdział historii Niemiec najchętniej zamietliby pod dywan. Gauck jest namacalnym przykładem tego, że żyjąc w socjalizmie, jednak można było zachować twarz. Ci, którym etap NRD-owski wykręcił twarze nie do poznania, mają z Gauckiem-prezydentem problem. Na wieść o nominacji pastora szefowa Die Linke, Gesine Lötzsch, nazwała go „prezydentem zimnych serc”. Gregor Gysi krzyczał coś o skandalu i skarżył się, że Angela Merkel nie użyczyła jego partii głosu w sprawie doboru kandydata.
Furia dawnych towarzyszy odbiła się echem w zaprzyjaźnionej, czerwonej prasie. „Die Tageszeitung” kilka dni po ogłoszeniu nominacji opublikowała przedruk wywiadu z oficerem operacyjnym Stasi. 79-letni Artur Amthor dowodził akcją pod kryp. „Larwa”. Jego praca polegała na...
[pozostało do przeczytania 58% tekstu]
Dostęp do artykułów: