Drzwi w jedną stronę

Jednak te sprawy mają znacznie mniejsze znaczenie niż decyzja, która „się podjęła” Tuskowi w minionym tygodniu: decyzja o przystąpieniu Polski do tzw. paktu na rzecz konkurencyjności. Czyli do czegoś, co ma „obudować” trzęsącą się strefę euro państwami, które wprawdzie nie wchodzą do systemu wspólnej waluty, ale dobrowolnie zgadzają się poddać narzucanym przez państwa tej strefy rygorom.

Jakim konkretnie – tego jeszcze nie wiadomo. Wiadomo tylko, że – jak ujął to nieoficjalnie, ale publicznie pewien cytowany w prasie „wysoki urzędnik unijny” – „te drzwi są otwarte tylko w jedną stronę, wejść można, wyjść już nie będzie można”. Akceptując w ciemno zapowiadane ustalenia, które mają uczynić kraje strefy euro i jej satelitów bardziej konkurencyjnymi na światowych rynkach, zrobiliśmy więc nie wiemy jeszcze co, ale na pewno coś nieodwracalnego.

Otóż z dwóch możliwych opcji: przyjąć wspólną walutę lub zachować własną – każda miała swoje zalety i wady. Można było się o nie spierać. Ale opcja „pomiędzy”, czyli zachować swoją walutę, ale wyrzec suwerennego podejmowania decyzji, harmonijnie łączy wady obu tych rozwiązań, bez żadnej z ich zalet.

To właśnie własna, narodowa waluta pozwoliła nam uniknąć recesji po krachu bankowym, która dotknęła inne kraje europejskie. Kurs złotego do euro i dolara zadziałał jak poduszka, która zamortyzowała wstrząs. Teraz się wyrzekamy tej poduszki wyłącznie za mglistą obietnicę, że kraje strefy euro postarają się działać tak, aby było to we wspólnym interesie i dużych, i małych. A jeśli jednak podejmą takie decyzje, które będą oznaczać przerzucenie własnych kłopotów na innych, słabszych? Ja wiem, tu się wszystkie autorytety zachłysną oburzeniem, jak można Niemcy czy Francję o coś takiego podejrzewać. Ale ja podejrzewam, bo skoro będą mogły bez żadnych złych konsekwencji (wyjąwszy może wyrzuty sumienia) zrobić coś, co zadowoli ich wyborców kosztem tych, którzy na ich kolejną kadencję nie mają wpływu, to...
[pozostało do przeczytania 14% tekstu]
Dostęp do artykułów: