Celebryci i dyktatorzy

Rzecz w tym, że powinnam wiedzieć, gdzie się udaję i powinnam zrobić lepsze rozeznanie” – powiedziała kilka dni temu Swank, przyciskana przez Jaya Leno. „Głęboko żałuję udziału w tym wieczorze” – oświadczyła wcześniej w komentarzu dla Associated Press. „Gdybym miała pełną wiedzę o tym, co to będzie za przyjęcie, nigdy bym nie pojechała” – dodała. Swank mijała się jednak z prawdą, pisząc, że nie wiedziała, dla kogo śpiewa „Happy Birthday”.

Miesiąc przed imprezą organizacje praw człowieka apelowały, by celebryci nie występowali na urodzinach człowieka o takiej reputacji. Agent Swank zapewniał obrońców praw człowieka kilka dni przed wydarzeniem, że aktorka „absolutnie” nie zamierza brać udziału w tej imprezie. Mimo że Swank, Mae i Van Damme zostali mocno skrytykowani przez organizację Human Rights Watch, gwiazda karate nie zamierza tłumaczyć się z tego, że powiedział na scenie, iż kocha prezydenta. Nie wiadomo, ile za występ zainkasowali gwiazdor „Krwawego Sportu” i Swank. Nieoficjalnie wiadomo, że Mae, najmniej popularnej z całej trójki, zapłacono pół miliona dolarów za koncert tego wieczoru. Zachowanie Van Damme’a i Swank nie jest niestety odosobnione w świecie show-biznesu.

Czerwoni naiwniacy

Powszechnie wiadomo, że amerykańscy celebryci są przywiązani do lewicowej ideologii. 99 proc. Hollywood popiera w wyborach polityków Partii Demokratycznej. Pisałem na łamach tego tygodnika o poglądach Roberta de Niro i jego znamienitych kolegów po fachu. Aktorów popierających otwarcie amerykańską prawicę można zliczyć na placach dwóch rąk. Większość z nich to tacy weterani jak Sylwester Stallone, Jon Voight czy Rober Duvall. Ich następców nie widać. Mainstream amerykańskiego kina już w latach 40. i 50. był zafascynowany nie tylko socjalizmem, ale również komunizmem.

Lewicowe odchylenie amerykańskich filmowców miało swój wpływ na losy całych narodów podczas II wojny światowej. Opisał to w znakomitej książce „...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: