Lalo, ta misja jest możliwa. Kompozytor, który wstrząsnął filmem

W krainie najdroższej wołowiny, pampy, słońca Majów w herbie, ckliwych seriali i tanga, 21 czerwca 1932 r. przyszedł na świat jeden z najważniejszych współczesnych kompozytorów, Lalo Schifrin.

Jesienią 1968 r. odbyła się premiera sławnego filmu „Bullitt”, w którym Steve McQueen, jako porucznik Frank Bullitt, dziewięć minut i czterdzieści dwie sekundy jechał w szaleńczym pościgu ulicami San Francisco. Siedział za kółkiem Forda Mustanga GT 390 Fastback. Bestia była koloru górskiej zieleni – highland green. Pod maską ryczał silnik o pojemności 6,4 l. Porucznik walczył ze złem.
Rosnące tempo muzyki w filmie sprawiało, iż widzowi natychmiast przyspieszał puls. Kompozytor postawił na wspaniałą mieszankę jazzu. Perkusja, bas i saksofon rzeźbią poszczególne sceny. Rytm nadawał ton akcji. Rytm, który pozostaje w pamięci i wyznacza kierunek w kolejnych produkcjach „police story” lat 60. A pompatyczno-symfoniczne utwory odchodzą w niepamięć.

Kryminały lat 70.
Po trzech latach kolejny kryminał zdobywa świat. Ameryka lat 70., neony na fasadach budynków, upalny dzień. W linii prostej, razem z głównym bohaterem oglądamy przez celownik snajperskiego karabinu basen na jednym z wieżowców. Pojawia się kobieta w bikini, krzyżyk z celownika najeżdża prosto na nią, pada strzał, a krew ofiary kontrastuje z błękitem wody. Bezwzględny policjant Harry Callahan – w tej roli Clint Eastwood – zaczyna pogoń za mordercą. Na sugestię burmistrza San Francisco, żeby Harry nie zrobił kolejnej awantury z trupami w tle, Callahan odpowiada: „Kiedy nagi mężczyzna goni kobietę z nożem i erekcją to zakładam, że nie zbiera datków na Czerwony Krzyż. To moja polityka”. Widzowie pokochali zarówno głównego bohatera, jak i soundtrack do filmu.
W 1973 r. na ekrany amerykańskich kin wchodzi „Wejście smoka”. Bruce Lee w końcowej scenie filmu – zakrwawiony w sali pełnej luster – rozprawia się z czarnym charakterem. Właśnie po to, aby...
[pozostało do przeczytania 54% tekstu]
Dostęp do artykułów: