Czarny piątek w Elblągu

Komuniści nie zamierzali tłumaczyć się ze swoich decyzji ani negocjować z robotnikami. Przeciw protestującym wysłali uzbrojonych milicjantów i żołnierzy. 22-letni Marian Sawicz był kierowcą w jednym z miejskich zakładów komunalnych w Elblągu. Kilka tygodni wcześniej narzeczona powiedziała mu, że jest w ciąży. W styczniu postanowili wziąć ślub. Feralnego piątku mężczyzna znalazł się w centrum miasta, w samym oku cyklonu, na ulicy 1 Maja, gdzie trwały robotnicze protesty i walki z milicją. Właśnie na tej ulicy mieszkała jego przyszła żona. Wstąpił do baru mlecznego na rogu, by coś zjeść. Gdy wyszedł, znalazł się w grupie demonstrantów. Milicjanci zaczęli do nich strzelać. Kilka osób zostało rannych. Sawicz nie przeżył. Numer służbowy mordercy w mundurze – obok namalowanego farbą krzyża w miejscu tragedii – pojawił się na tym samym murze już następnego dnia.

Na plecy i pod czołg

Minęła właśnie kolejna rocznica protestów Grudnia’70. Ani okrągła, ani medialna. Zwyczajnie: mijają lata, ludzka pamięć staje się coraz bardziej zawodna, a kredyty i kursy walut obchodzą ludzi o wiele bardziej niż pamięć o ofiarach komunistycznej władzy. Jan Jurek czeka pod niewielką, skromną tablicą, umieszczoną z boku brzydkiego budynku. Dziś, podobnie jak wówczas, mieści się tam bar. Już nie mleczny – takie również odchodzą do lamusa, bo kebab, hot dog, pizza na kawałki...

Wczesne grudniowe popołudnie. Ciepło jak w środku jesieni. W 1970 r. popadywał mokry śnieg, słońce chowało się za ołowianymi chmurami. O przypadkowej śmierci Mariana Sawicza lepiej rozmawia się na niewielkim skwerze. Od niedawna nosi jego imię. Pan Jan, opowiadając, pokazuje w stronę tablicy, którą zabitemu ufundowała miejscowa Solidarność.
– Podjechały dwa gaziki z glinami. Przed barem stała grupka kilku młodych ludzi. W pewnej chwili padła seria strzałów. Usłyszałem krzyki „chłopak nie żyje!” – opowiada.

Razem z kilkoma innymi mężczyznami doskoczył do...
[pozostało do przeczytania 79% tekstu]
Dostęp do artykułów: