Dla psa kiełbasa

Nice zapewnił sobie bogate święta, Nowy Rok i część karnawału. Codziennie do wietnamskiego makaronu sojowego dostawał plaster swojej zdobyczy. Nie da się ukryć, że ten dobrobyt zawdzięczał swojemu myśliwskiemu węchowi. Czego nie da się powiedzieć o jego właścicielach. Jeszcze nie było sławetnej weryfikacji i nasze wydawnictwo prasowe powiadomiło, że „dają” olej i śledzie. Śledzi zabrakło, ale był olej. Rybiński uważał się za mistrza kulinarnego, więc postanowił ukręcić majonez. Bo w sklepach był tylko ocet i ten nieszczęsny makaron. Jakimś cudem nabyliśmy jajka chłodnicze, bo wapniaki zwyczajnie były zepsute i cuchnęły. Zabraliśmy się do dzieła, tylko że ten olej to był chyba silnikowy, śmierdział i w żaden sposób nie dawał się połączyć z żółtkami. Skończyło się na wylaniu niedoszłego majonezu do klozetu. Ale Wigilia się odbyła z udziałem rybek z puszki przysłanej w ramach pomocy przez zagranicznych darczyńców, jajek na twardo i sałatki jarzynowej bez majonezu. Była choinka, ale nie było prezentów, poza schowaną na tę okazję kartkową tabliczką czekolady dla córki Oli.

Ale była to niezwykła Wigilia, bardzo patriotyczna i rozśpiewana kolędami. Potem poszliśmy na Pasterkę, gdzie śpiewaliśmy „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Wyjeżdżając na emigrację we wrześniu 1982 r., pamiętaliśmy o aresztowaniu Maćka 13 grudnia i o próbie nakłonienia go do podpisania lojalki, groźbą i prośbą. O mojej weryfikacji, którą komisarz wojskowy skwitował krótko: dla pani nie ma miejsca w polskiej prasie. I mojej odpowiedzi: „w PRL-owskiej nie, ale w polskiej tak”.

Powróciliśmy do kraju, ja z mężem do prasy polskiej. Tak myśleliśmy.

Życząc wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom i Ich bliskim zdrowych, pogodnych świąt Bożego Narodzenia i pomyślnego oraz spokojnego Nowego Roku, kładę na sercu pamięć o tamtych świętach sprzed 30 lat. Bo choć podobno historia się nie powtarza, to powtarzają się jej wzloty i upadki.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: