Niemcy grają w zielone

Początki ekopartii były chaotyczne i szemrane – wystarczy przypomnieć sobie pełną agresji przeszłość długoletniego przywódcy partii Joschki Fischera. Dziś zieloni dysponują imponującą siecią kontaktów w aparacie urzędniczym, w sądownictwie, na uniwersytetach, na odcinku kultury i mediów. Trzeba więc przyznać, że przeszli długą i różnorodną drogę. Dziś są na szczycie.

Od początku swojej historii zieloni dążą do wszystkiego i niczego jednocześnie. Czynią to w sposób radykalny, zajadły, ale zawsze barwnie opakowany. Znajdziemy tam zarówno idee Mao, jak i Stalina, turbokapitalizm i fundamentalizm ekologiczny, szczyptę małej ojczyzny, trochę kosmopolitycznej nuty, gdzieniegdzie ascezę przeplecioną ekoluksusem.

Zieloni są partią bardzo teutońską, ale nie zamykają się na przybyszów z zewnątrz. To oni ukuli pojęcie „multikulturalizm”. Mają odnogę chrześcijańską, ale jednocześnie zezują wyraźnie w stronę islamu. A i tak większość członków tej partii nie identyfikuje się z żadną religią. Stanowią partyjny przyczółek dla feminizmu, genderowej paplaniny, homoseksualistów, samotnych matek i rodzin patchworkowych.

Żadne ekscesy nie są im obce. Lewicowi terroryści wraz ze swoimi szalonymi adwokatami zawsze byli blisko zielonych. Wielu z nich nie tylko było zielonymi wyborcami, ale i członkami partii, i to na eksponowanych stanowiskach, tak jak np. mecenasi terrorystów z RAF-u, Christian Ströbele, Otto Schily, Gerhard Schröder albo Rupert von Plottnitz.

Zieloni są niezmordowanymi edukatorami, podświadomie wciąż hołdują wzorcom Mao i marzeniom o skonstruowaniu nowego człowieka. Ogarnięci ideologią egalitaryzmu, pragną jednocześnie uchodzić za ugrupowanie indywidualistów i nową elitę.

Ich znakiem firmowym są socjalistyczne upodobania. Łączą w sobie filisterstwo i wieczną rewolucję, ale ze względu na trudność połączenia obu tych żywiołów muszą się zieloni uciekać do propagandy i trudno ich w tej dziedzinie przebić.
...
[pozostało do przeczytania 55% tekstu]
Dostęp do artykułów: