Protokół Millera, czyli farsy ciąg dalszy

Skoki na spadochronie

W zaprezentowanym w lipcu 2011 r. raporcie Millera mogliśmy przeczytać, że na wraku „nie stwierdzono śladów detonacji materiałów wybuchowych”. Lakoniczność tego stwierdzenia pozwalała przypuszczać, że w zapowiadanym protokole znajdą się informacje, kto, kiedy i w jaki sposób przeprowadził badania pirotechniczne. Należało też sądzić, że eksperci podadzą nazwy środków wybuchowych, których obecność wykluczono. Protokół nie odnosi się jednak do tej kwestii nawet słowem.

Dokument nie zawiera także opisu działań polskich ekspertów na miejscu katastrofy. Na łamach „Gazety Polskiej” pytaliśmy, dlaczego członkowie komisji Millera nie zaprezentowali w raporcie własnych zdjęć drzewostanu wokół terenu katastrofy, skoro byli tam rzekomo przez 11 dni.

Zadawaliśmy też pytanie, jak obliczono, że samolot mógł stracić fragment skrzydła po uderzeniu w brzozę, a potem obrócić się o 180 st. Pytaliśmy również o wyliczenia dotyczące przeciążenia w chwili katastrofy, które miało według Rosjan i komisji Millera wynosić aż 100 G (stukrotność przyciągania ziemskiego), oraz o analizę rozrzutu części samolotu i ekspertyzę dotyczącą ich zniekształceń (wiele elementów zostało rozerwanych, a nie zgniecionych).

Wszystkie te pytania pozostały bez odpowiedzi; protokół nie odnosi się do nich w żaden sposób. W dokumencie zawarto za to tak niezwykle ważne informacje jak... liczba skoków spadochronowych wykonanych przez kpt. Protasiuka i nawigatora czy liczba treningów poszczególnych członków załogi z wykorzystaniem kamizelki i łódki ratunkowej.

Miller czytał tekst w „GP”?

Jeszcze kilkanaście dni przed publikacją protokołu na pytanie dziennikarzy „Gazety Polskiej”, dlaczego komisja Millera nie opublikowała pełnej wersji stenogramów rozmów z kokpitu Tu-154, MSWiA odpowiedziało: „Stenogramy zapisów CVR publikowane są jedynie w zakresie niezbędnym do udokumentowania przebiegu...
[pozostało do przeczytania 49% tekstu]
Dostęp do artykułów: