Ani Węgry, ani Czechy, ani Słowacja...

Uważam, że żaden z tych scenariuszy nie będzie powtórzony jesienią w Polsce. W wariancie budapeszteńskim – niestety. W wariancie praskim i bratysławskim – na szczęście.

Zacznę od Węgier. Są dwie główne (może nawet dwie i pół) różnice między nami a nimi. Po pierwsze, Fideszowi sprzyjała – zwłaszcza od czasu kompromitującej szczerości Gyurscaniego – spora, lecz nie większościowa część środków masowego przekazu w tym kraju. Po drugie, Orban mógł sytuować się, w dużej zresztą mierze taktycznie, jako lider formacji centroprawicowej, a nie prawicowej, bo na prawym skrzydle miał i ma jeszcze bardziej nacjonalistyczną partię Jobbik. To ona właśnie, uzyskując poparcie kilkunastu procent
[pozostało do przeczytania 59% tekstu]
Dostęp do artykułów: