Czterdziesty piąty z czterdziestu pięciu

Wybory, kampanie wyborcze i cała machina promowania „idealnych” kandydatów wrosły już na stałe w obraz współczesnego świata. Żadna jednak walka i rywalizacja nie rozpala takich emocji i nie wzbudza takiego zainteresowania na całym świecie jak wybory prezydenta Stanów Zjednoczonych. Oczywiście mam na myśli czasy po II wojnie światowej, kiedy Stany osiągnęły status głównego rozgrywającego na światowej scenie politycznej, a prezydent tego kraju stał się politykiem numer jeden w hierarchii światowych przywódców. Konstytucja, będąca w Stanach ciągle świętością narodową, daje prezydentowi władzę naprawdę olbrzymią

„Przysięgam uroczyście, że będę wiernie wykonywał obowiązki Prezydenta Stanów Zjednoczonych oraz że zrobię wszystko, co jest w mojej mocy, aby dochować, strzec i bronić Konstytucji Stanów Zjednoczonych”.


Coraz większą, niestety, rolę w tych wyborach odgrywają pieniądze, publiczne „pranie brudów”, bezpardonowe szukanie „haków” na kontrkandydata przez „niezależne media” i dążenie za wszelką cenę do znokautowania przeciwnika. Ponieważ mamy za sobą najbrutalniejszą, ale i najbrudniejszą kampanię wyborczą ostatnich dekad (do której rezultatów jeszcze wrócę pod koniec artykułu), warto prześledzić, jak ta walka wyglądała w przeszłości. Mówimy przecież o kraju, który szczyci się opinią jednej z najważniejszych kolebek demokracji, który również stworzył mistrzowski model konstytucji. Zastanówmy się, co tak naprawdę pozostało z wartości, w blasku których odbywały się pierwsze wybory prezydenckie u schyłku XVIII wieku.
Nr 1 – Jerzy Waszyngton
Stany Zjednoczone rodziły się w ogniu walki. Pamiętajmy również o tym, że koloniści pochodzili z Anglii, która szczyciła się dość postępowymi zasadami ustrojowymi i pewien sentyment do nich został przeniesiony niejako w genach. Bliski angielskiemu sercu okrzyk „God save the king” mógł zaszczepić w ich duszach chęć do stawiania swojego przywódcy na piedestale. Dlatego też,...
[pozostało do przeczytania 81% tekstu]
Dostęp do artykułów: