Nie ma przypadków

To działa – chciałoby się powiedzieć. I dlatego, trochę nietypowo, ale będę podbierać temat mojemu felietonowemu sąsiadowi

Zacznę od tego, że do amerykańskich kaznodziejów zawsze miałem podejście umiarkowanie entuzjastyczne. Nie do końca im dowierzałem, gdy z taką pewnością przekonywali, że właśnie ich model pobożności przynosi błyskawiczne efekty. I dokładnie takie samo podejście miałem do książek Merlina Carothersa. Ten amerykański, protestancki kaznodzieja (przez wiele lat kapelan wojskowy) głosił (nie żyje) przez lata moc uwielbienia. W książce pod tym tytułem przekonywał, że jeśli zdecydujemy się uwielbiać Boga za wszystko (dobre i złe), co nam się przydarzy, to zmieni to całkowicie naszą modlitwę i życie. Jednak za radą znajomych zdecydowałem się przeczytać tę książkę. I muszę powiedzieć, że mimo początkowego dystansu, stałem się wielbicielem tej niewielkiej książeczki.
W największym skrócie „Moc uwielbienia” to propozycja zmiany rozumienia modlitwy i życia chrześcijańskiego. Merlin Carothers proponuje, by w naszej codziennej pobożności skupić się nie tyle na proszeniu, ile na nieustannym dziękczynieniu. Dziękczynieniu za wszystko, za to, co dobre, lecz także za to, co złe, niechciane, nieakceptowalne. Dlaczego? Bo jak wskazuje Carothers, jeśli uznamy, że Bóg nas naprawdę kocha, że zawsze chce dla nas dobrze, to… nasza sytuacja, za którą dziękujemy, jest elementem Jego planu dla nas. Jeśli ją zaakceptujemy, podziękujemy za nią Bogu, to On wejdzie w nasze życie i będzie je zmieniał. Carothers, jak to protestant, uzasadnia swoje opinie dziesiątkami przykładów ludzi, którym Bóg niemal natychmiast po dziękczynieniu zmienił życie. I to mnie, nieuleczalnego marudę, jakoś nie do końca przekonywało.
Aż do momentu, gdy postanowiłem sam to przetestować. W piątek rano jechałem z najstarszą córką i jej hiszpańską koleżanką do Krakowa. Dzień wcześniej gorąco prosiłem córeczkę, by zabrała ze sobą legitymację szkolną. Ale na dworcu,...
[pozostało do przeczytania 39% tekstu]
Dostęp do artykułów: