Polacy – gorsza kategoria w Unii

Tylko 18 proc. personelu unijnej dyplomacji (na szczeblu „administratorów”) pochodzi z 13 krajów „nowej Unii”


Tytuł rubryki „Widziane z Brukseli” jest prawdziwy. Piszę te słowa właśnie w stolicy Królestwa Belgii, która jednocześnie jest nieformalną, choć faktyczną stolicą Unii Europejskiej. Tytuł rubryki pasuje jak ulał do dzisiejszego tematu. Z Brukseli bowiem jak na dłoni widać, jak bardzo jesteśmy dyskryminowani – jako Polacy ‒ gdy chodzi o zatrudnienie („kwoty narodowe”, „parytety geograficzne”) w instytucjach unijnych.
Konkretnie – choćby w EEAS (European External Action Service), czyli unijnej dyplomacji (Europejska Służba Działań Zewnętrznych), mamy tylko czterech ambasadorów na około 130. Biorąc jednak pod uwagę polską populację, to szóste co do liczebności państwo w Unii Europejskiej, mające około 38,5 mln mieszkańców, powinno mieć 10 lub 11 szefów dyplomatycznych placówek UE. Skądinąd po rychłym odejściu Polaka – unijnego ambasadora w Kijowie – na kluczowym dla nas, szeroko rozumianym Wschodzie będziemy mieć raptem jednego unijnego ambasadora – w Erywaniu, w Armenii. 
Ciekawostka: niebywałą nadreprezentację w szeregach EEAS (ESDZ) mają Belgowie. Ale także sporą ekipę stanowią eurosceptyczni en masse, ale umiejący korzystać z unijnych konfitur Brytyjczycy.
Wracając jeszcze do unijnej dyplomacji, to 59 ze 128 szefów delegatur UE w państwach trzecich (a więc 46 proc.) pochodzi bezpośrednio z krajów członkowskich UE. Reszta, czyli 54 proc., to przedstawiciele unijnej biurokracji, tyle że oczywiście mający narodowość. W tej niespełna 60-osobowej grupie dyplomatów tylko 20 pochodzi z tzw. nowej Unii, czyli 13 krajów, które przystąpiły do UE: w 2004 r. (10 państw, w tym Polska),  2007 r. (Rumunia i Bułgaria) i 2013 r. (Chorwacja). Jest to zatem jedna trzecia całości. Jednak w tej drugiej grupie – unijnych biurokratów – dysproporcje są porażające, bo w sposób racjonalny, „przez zasiedzenie”, preferowane są tam...
[pozostało do przeczytania 46% tekstu]
Dostęp do artykułów: