Marek i Paweł na Czarnym Lądzie

Pierwszy z nich wygląda na profesora uniwersytetu czy liceum, drugi, w kolorowej koszuli, mógłby uchodzić za ciekawego wrażeń turystę z Zachodu. Ale obaj wiedzą, po co tu są

Rozmawiam z polskimi misjonarzami w Afryce. Każdy z nich wyjechał z Polski kilkanaście lat temu. Słucham i staram się zrozumieć, dlaczego porzucili Ojczyznę, choć przecież pozostali polskimi patriotami, przeżywającymi to, co się dzieje w Polsce.
Ojciec Marek, franciszkanin rodem z Bielska Podlaskiego, ma w swoim zakonnym życiorysie Niepokalanów, sześć lat w belgijskim Lowanium i 13 lat w Afryce Zachodniej – w Burkina Faso. Polscy franciszkanie przejęli misję z rąk Włochów, ojciec Marek jest jednym z trzech franciszkanów Polaków na tej placówce.
Obok niego siedzi ojciec Paweł z zakonu Misjonarzy Afryki. W Afryce od dziesięciu lat: najpierw kwartał w  Burkina Faso, potem dwa lata w Demokratycznej (?) Republice Konga, trzy lata na Wybrzeżu Kości Słoniowej i cztery lata w Mali, od roku znów w Burkina Faso.
Obaj po cywilnemu. Pierwszy z nich wygląda na profesora uniwersytetu czy liceum, drugi, w kolorowej koszuli, mógłby uchodzić za ciekawego wrażeń turystę z Zachodu. Ale obaj wiedzą, po co tu są. Mówią, że niełatwo jest zdobyć murzyńskie zaufanie, ale jak miejscowi kogoś zaakceptują, to tak na dobre – zupełnie inaczej niż na Zachodzie. Nie biorą pieniędzy za posługę, ale tubylcy przynoszą im np. za chrzest koguta czy jajka. 
Dla obu największym problemem jest malaria. Obaj przechodzą ją rok w rok.                      
„Gdy tylu Afrykanów chce jechać do Europy, to gdy biali przyjeżdżają do nich, żeby z nimi żyć ‒ są znakiem, że istnieje coś ważniejszego w życiu niż dobra materialne” ‒  mówi jeden z kapłanów. Gdy zaczynali, to w wioskach oddalonych 70–80  km od stolicy nie było nawet telefonu. Mówią, że „ładują akumulatory” wiarą miejscowych. I że nie spotkali się nigdy z agresją wobec białych.
Ojciec Paweł powiada o swoim najbardziej...
[pozostało do przeczytania 44% tekstu]
Dostęp do artykułów: