Kenia, która nie została Palestyną

Samolot Kenya Airways leci na poziomie chmur. Wstaje świt. Schodzimy do lądowania w Nairobi, kenijskiej stolicy. Tylko godzina różnicy w porównaniu z Warszawą – tu jest 6.30 rano, u nas wcześniej o godzinę. Bardzo zimno, jak na powszechne wyobrażenie o Afryce: jest tylko 45 stopni Fahrenheita, czyli 6 stopni Celsjusza

Kenia nie jest ostatecznym celem mojej podróży na Czarny Ląd – jakby to się kiedyś powiedziało ‒ dziś polityczna poprawność każe wielu szukać innych określeń. Stąd udaję się dalej, do sąsiedniej Tanzanii. Oba kraje łączy, poza granicą, także najwyższa góra na kontynencie, wznosząca się na poziom 5895 m n.p.m. Kilimandżaro. Większość z nas myśli, że
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: