Dziadkowie

W czasach burzy dziejowej Józef Piłsudski radził, by strzec się agentów. Miał rację. Ale ja dodam, że w czasie dziejowej zawieruchy warto pamiętać o korzeniach

Nie poznałem osobiście żadnego z moich dziadków i tylko jedną babcię – ze strony ojca. Nie mam więc wspomnień, których trochę zazdroszczę innym: sadowienia się na dziadkowych kolanach, rozpieszczania prezentami, przyjazdu na wakacje, tych wszystkich specjalnych więzi, które powodują, że szczególną miłością i szczególnym sentymentem otaczamy rodziców naszych rodziców. Ale przecież nawet ich nie znając, wiele im zawdzięczam. Na każdego z nas pracują przecież całe pokolenia naszych poprzedników.
Dlatego z wdzięcznością myślę o znanym mi tylko z fotografii dziadku Ryszardzie Bielińskim – ze strony mamy. Odziedziczyłem po nim imię – o co była zresztą straszna awantura, bo moja matka przeforsowała to imię na siłę, wbrew ojcu, który miał swoje mocne racje. W jego rodzinie bowiem pierworodni od pokoleń nosili imię Henryk: mój ojciec Henryk Tadeusz Andrzej, dziadek Henryk Karol, pradziadek Henryk Aleksander, a prapradziadek Henryk Ludwik. Ostatecznie ojciec przegrał batalię z mamą w urzędzie, bo oficjalnie zostałem Ryszardem Henrykiem (ukłon jednak w stronę taty) Franciszkiem (to z kolei na cześć nieznanej mi babci ze strony mamy) ‒ ale wygrał w kościele, bo oficjalnie na chrzcie miałem imiona w kolejności odwrotnej: Henryk Ryszard Franciszek. No, ale w końcu ostał się ten Ryszard.
Wracając do ojca mamy, dziadek Ryszard był przystojnym mężczyzną, który zakochał się na zabój w babci Franciszce ze Zbijewskich. Chyba po nim mam ten straszny upór: dziadek dwa razy oświadczał się babci – i ta dwa razy go odrzucała (może też była uparta?). „Przyjęła go” ‒ jak to wówczas mówiono ‒ dopiero za trzecim razem. Dziadek był właścicielem nie za dużej drukarni oraz antykwariatu, który mieścił się w Warszawie przy Nowym Świecie, w pobliżu Krakowskiego Przedmieścia, niedaleko miejsca, gdzie...
[pozostało do przeczytania 41% tekstu]
Dostęp do artykułów: