Ku przestrodze

Triumfalizm to dzisiaj przeszkoda na drodze do zwycięstwa. To, mówiąc językiem teologii, grzech ciężki

Już był w ogródku, już witał się z gąską” ‒ te słowa z bajki Mickiewicza „Lis i kozioł” chciałbym zadedykować wszystkim nam ‒ zwolennikom obozu niepodległościowego, zwolennikom prawicy (centroprawicy), tym, którzy szczerze dążą do tego, aby Rzeczpospolita była państwem silnym, a więc suwerennym. Po wyborach prezydenckich, w których wygrał kandydat zjednoczonej prawicy, niektórzy z nas już dzielą ministerialne teki i obsadzają siebie czy bliźnich w najważniejszych państwowych rolach. To dzielenie skóry na niedźwiedziu. Tymczasem platformersko-PSL-owski niedźwiedź co prawda osłabł i dalej słabnie w oczach, ale wciąż grasuje po kniei i chce panować nad lasem. Dlatego przypominam sobie i wszystkim inne powiedzenie: „Myślał indyk o niedzieli, w sobotę mu łeb ucięli”. Uznanie, że skoro wygraliśmy – z całą pewnością trudniejsze! ‒ wybory prezydenckie, to na pewno wygramy parlamentarne, i że w zasadzie już możemy mościć się w budynkach przy Alejach Ujazdowskich, gdzie urzęduje KPRM, czyli Kancelaria Prezesa Rady Ministrów ‒ jest, powiem wprost, wstępem do porażki. Trzeba uświadomić sobie i powiedzieć jasno: nasze zwycięstwo wcale nie jest oczywiste, choć jest prawdopodobne. Ale nasza pycha – gdyby wystąpiła na szerszą skalę – nasze zadufanie, zarozumialstwo, oczekiwanie, że nam październikowa wiktoria się po prostu należy niczym psu zupa, to najkrótsza droga do klęski.
Zaprawdę powiadam wam: pokora kroczy przed zwycięstwem, pycha maszeruje tuż przed porażką. O zwycięstwie w jesiennych wyborach parlamentarnych zdecydują wyborcy, a nie politycy czy działacze, którzy już właśnie odlecieli, i dlatego że odlecieli, w wyobraźni meblują swoje przyszłe (?) rządowe gabinety.
W rzeczy samej bardzo przestrzegam przed grzechem nadmiernej pewności siebie. A także przed mylną oceną, że nasi oponenci są już tak zmęczeni i tak zmanierowani władzą...
[pozostało do przeczytania 40% tekstu]
Dostęp do artykułów: