Miasto ze snu

Jak się nie dziwić dwoistości charakteru, gdy wody laguny są gwarantem bezpieczeństwa, ale jednocześnie stałym zagrożeniem zatopienia?

O Wenecji  można bez końca. Na kartach książki Petera Ackroyda serenissima jawi się jako „miasto ze snu” – synteza  sprzeczności. Nie ma też w świecie miejsc sobie równych lub chociaż podobnych. Bo jakże porównać te pałace obłożone marmurem z indiańskimi domkami na palach wokół akwenu Maracaibo, którym Wenezuela zawdzięcza swoją nazwę? Zawodzi również zestawienie z Petersburgiem, też wzniesionym na palach w błocie, ale dawna rosyjska stolica to pomnik despotyzmu, podczas gdy Wenecja jest apoteozą wolności.
Powstała w wiekach ciemnych, jako schronienie rzymskich obywateli przed barbarzyńcami. Rychło okrzepła, i, jak twierdzą legendy, za wstawiennictwem św. Marka, którego relikwie wykradziono z islamskiej Aleksandrii (chytrze owinąwszy je wieprzowym mięsem), stworzyła morskie imperium, pozostając, oligarchiczną wprawdzie, ale jednak demokracją.
Wśród zmiennych koniunktur, pomiędzy ścierającymi się potęgami, potrafiła przez 10 wieków zachować niepodległość, ulegając dopiero Napoleonowi. Ten unikalny cud nad Adriatykiem jest dziełem jego mieszkańców – którzy poza inteligencją, przedsiębiorczością, organizacją i wolą przetrwania nie dysponowali niczym więcej. Często miastu na wodzie brakuje nawet wody pitnej, choć gdy przychodzą deszcze, grozi jej zatopienie… Marmur do pałacu trzeba importować, drewno na pale również. Nawet piasek do słynnej huty szkła w Murano pochodzi z importu.
I jak się nie dziwić dwoistości charakteru, gdy wody laguny są gwarantem bezpieczeństwa, ale jednocześnie stałym zagrożeniem zatopienia? Mieszkańcy są gościnni i tolerancyjni – przez całe wieki miasto przyjmuje różnoplemiennych uciekinierów, upadłych królów, daje schronienie Żydom. Nazwa „getto” wywodzi się z Wenecji, ale złowrogiego znaczenia nabierze dopiero w XX w. Wenecjanie na zewnątrz epatują bogactwem  i...
[pozostało do przeczytania 35% tekstu]
Dostęp do artykułów: