Najgorszy skrawek ziemi

Gdybym nie miał swojego Anioła, bandyci pociągnęliby za spust. Albo byśmy utonęli na Orinoko. Zaplanowałem zrobienie czegoś, co jest awykonalne. Znawcy tematu ostrzegali mnie: w dziewicze rejony Orinoko się nie wpływa! – ze Stefanem Czernieckim rozmawia Sylwia Krasnodębska

Skąd się wziął pomysł wyjazdu do Wenezueli? Do zakazanych terenów Amazonii? Czytając Pana książkę „Czekając na Duida. Śladem szeptu amazońskiego potoku”, można dojść do wniosku, że zdecydował się Pan na podróż tylko dlatego, że wszyscy uznali, iż jest niemożliwa. Od czasów Chaveza biały człowiek nie popłynął w górną część Orinoko. Chciał Pan zrobić wszystkim sceptykom na przekór?
To też (śmiech). Chciałem dotrzeć tam, gdzie nikogo nie było. Już jako dziecko o tym marzyłem.

Po co?
Rozumiem, że dla dobra wywiadu powinienem teraz odpowiedzieć, że „dla urzeczywistnienia dziecięcych marzeń”, „dla spełnienia siebie”. I poniekąd pewnie tak też było. Uczciwość jednak nakazuje dodać, że także z pychy. Człowiek próbuje zrobić coś, czego innym się nie udało. To takie typowe dla nas, zwłaszcza mężczyzn. Myślę, że jedną z największych prac Pana Boga nad nami jest właśnie lepienie z tej naszej dumy i próżności czegoś dobrego.

Wyprawa do Wenezueli była dotowana.
Tak. Wygrałem memoriał im. Piotra Morawskiego. Zaplanowałem zrobienie czegoś, co jest awykonalne. I przyznam szczerze, że byłem przekonany, iż tej podróży nie da się zrobić. Gdy okazało się, że wygrałem konkurs, Olga Morawska, wdowa po alpiniście Piotrze Morawskim, powiedziała mi, iż wie, że to jest zadanie z kategorii tych najbardziej szalonych, ale wierzy, że mi się uda. Prosiła jednak, bym nie przeholował. Ona wie, co znaczy stracić bliską osobę. Jej mąż zginął w Nepalu w kwietniu 2009 r.

Nie dotrzymał Pan słowa i nieraz przeholował, czego dowodem są bardzo niebezpieczne przygody opisane w książce.
...
[pozostało do przeczytania 60% tekstu]
Dostęp do artykułów: