Dramat Kobane, gra Ankary

Kobane upadnie, bo nikt, oprócz Kurdów, nie chce temu zapobiec. Krew tysięcy ofiar dżihadystów spadnie przede wszystkim na Turcję. Ale winny jest też Zachód, który wciąż próbuje udawać, że nie ma kurdyjskiego problemu

Państwo Islamskie (IS), Kurdowie, reżim Baszara el-Asada – kto,  zdaniem prezydenta Tayyipa Erdoğana i partii AKP, jest największym zagrożeniem dla Turcji? Zachowanie Ankary wobec bitwy o Kobane wskazuje, że nr 1 to Kurdowie, potem Asad, na końcu dżihadyści. Turcy nie chcą scenariusza, w którym IS przegrywa bój o Kobane, a reżim w Damaszku, w porozumieniu z lokalnymi Kurdami, odzyskuje kontrolę nad pograniczem z Turcją.
Z tego wynika spór Ankary z międzynarodową koalicją walczącą z IS. Turcy uważają, że jej priorytetem powinno być obalenie Asada, a nie pokonanie dżihadystów. Według nich samo atakowanie IS nie rozwiąże problemu, czyli radykalizacji sunnitów, dopóki Asad jest u władzy. Teraz więc Turcy wykorzystują dramat Kobane, żeby wymóc na koalicji rozszerzenie jej mandatu na usunięcie Asada. Ankara nie chce się też angażować, nie znając pomysłów USA na Syrię i Irak. Premier Ahmet  Davutoğlu powiedział, że Ankara jest „gotowa zrobić wszystko, ale jeśli będzie jasna strategia” odnośnie do przyszłości Syrii. Ale tak naprawdę chodzi nie tylko o Syrię i Asada. Dużo większe strategiczne znaczenie ma kwestia kurdyjska. Erdoğan i AKP, a tym bardziej generalicja, ani myślą pomagać broniącej Kobane kurdyjskiej milicji YPG (Ludowe Oddziały Ochrony), ściśle związanej z odwiecznym wrogiem tureckiego państwa, czyli PKK. „Dla nas PKK jest tym samym co IS” – powiedział niedawno Erdogan.
Turecki przywódca prowadzi bardzo ryzykowną grę. Jeśli wygra, najpierw upadnie Kobane, a wraz z nim syryjscy Kurdowie. Potem może przyjdzie kolej na dżihadystów i Asada. Ale im dłużej trwa obrona miasta, tym bardziej rosną polityczne koszty dla Turcji – na arenie międzynarodowej (krytyka i presja sojuszników) i wewnętrznej (demonstracje...
[pozostało do przeczytania 83% tekstu]
Dostęp do artykułów: