Z dziejów honoru w Polsce

Pożyczyłem sobie ten tytuł (bez pytania) od Adama Michnika, chociaż nie bardzo wiem, czy wypada robić tak w przypadku nekrologu. Honor w Polityce Polskiej jest bowiem Wielkim Nieobecnym. A słowa „ludzie honoru”,  podobnie jak „język parlamentarny”, oznaczają dziś dokładnie swoje przeciwieństwa.

Kiedyś utrata twarzy była równoznaczna ze śmiercią cywilną, wypadnięciem z towarzystwa, ba! – ze swojej sfery, a człowiekowi przyłapanemu na kłamstwie pozostawało jedyne honorowe wyjście – samobójstwo. Dziś w żadnym wypadku. Może się taki Sławomir Nowak zaklinać, że złoży mandat, Donald Tusk przysięgać, że nigdy nie przedłoży międzynarodowej kariery nad służbę krajowi, a Bartłomiej Sienkiewicz obiecywać, że wykryje sprawców podsłuchów. I co? I nic! Wielka kłamczucha spod Smoleńska awansuje na najwyższe stanowiska, bohaterowie afery hazardowej wracają z wdziękiem jednorękich bandytów, a naród...? Niestety przyzwala na kolejne świństwa, głosując co jakiś czas na to towarzystwo.

Dlaczego? Ano dlatego, że żaden kodeks, z honorowym włącznie, nie może funkcjonować bez sankcji.
Jeśli łamanie zasad nie powoduje żadnych konsekwencji, a ułatwia życie, co stoi na przeszkodzie, żeby je łamać?  Jeśli chama i krętacza nie wyrzuca się na pysk z salonu (czytaj z sejmu, klubu, spółek skarbu państwa), to oznacza, że każde świństwo będzie bezkarne. A bezkarność rozzuchwala.

Sądzę, że dużą rolę w doprowadzeniu do takiej sytuacji odegrała  bolszewizacja norm. W którymś momencie uznano, że (mówiąc symbolicznie) wprawdzie kradzież portfela kumplowi to zło, ale już przeciwnikowi wcale nie. To jest furtka powodująca, że po jakimś czasie złodziej mógł okradać nawet swoich, kłamca kłamać najbliższym, a nielojalność stała się sposobem na życie.

Nawet mafia korzysta chętnie z usług zdrajców z mafii konkurencyjnej, ale ich nie awansuje we własnych szeregach, wychodząc z dość słusznego założenie, że „kto raz zdradził...”.
Czy...
[pozostało do przeczytania 10% tekstu]
Dostęp do artykułów: