Winda i milczenie (zachodnich) owiec

Winda w Parlamencie Europejskim, zwłaszcza w Strasburgu, stanowi cenną platformę integracji międzyludzkiej i międzynarodowej

Jest też giełdą informacji i plotek, miejscem, gdzie słychać, co w eurotrawie piszczy i gdzie niewątpliwie bije swoisty europuls. Jest to też przestrzeń absolutnie demokratyczna, gdzie komisarz, szef czy wiceszef europarlamentu spotyka się z posłem debiutantem, także z tylnych rzędów, i tym tzw. niezrzeszonym, czyli znaczącym mniej więcej tyle w unijnej nomenklaturze co pariasi w Indiach.

Ostatnio właśnie w windzie wyściskałem rumuńską kandydatkę na komisarza rozwoju regionalnego Corinę Creţu. Nie jest zagrożona na swojej drodze z Brukseli do Brukseli. To pozorny paradoks, ale po prostu zamieni fotel wiceszefowej PE na fotel komisarza. Corina załatwiła mi w wyborach na wiceprzewodniczących europarlamentu kilkanaście głosów rumuńskich socjalistów – to tym większy powód, aby kultywować tradycyjne dobre relacje między Polską a tym siódmym co do wielkości krajem Unii Europejskiej. Mało kto pamięta, że rumuński następca tronu służył w polskiej armii (w okresie II Rzeczypospolitej), a zarówno władze, jak i obywatele Rumunii przyjaźnie witały polskich oficerów i żołnierzy internowanych  po Wrześniu ’39.

Już nie w windzie, lecz na korytarzu spotkałem innego europosła – kandydata na komisarza, mojego przyjaciela z Łotwy Valdisa Dombrovskisa. Nazwisko wskazuje, że ma polskie korzenie, a jako szef rządu kraju, który kiedyś był częścią polskich Inflant i Kurlandii, robił wszystko, aby do swojego gabinetu nie wpuścić partii reprezentujących silną tam rosyjską mniejszość. Też gratuluję koledze i zacieśniam relacje z tym małym, acz walecznym narodem. Nie wypominam mu, że w szefostwie „Czeka” poza Polakami: Dzierżyńskim i Mierżyńskim oraz polskimi Żydami Józefem Unszlichtem i Jagodą oraz ich pobratymcami najwięcej było właśnie Łotyszy. Nie wypominam, bo wiem, że zaraz usłyszę historię o prezydencie...
[pozostało do przeczytania 39% tekstu]
Dostęp do artykułów: