Zanim przyszła burza

Na cokoły po Leninie czy Chmielnickim wchodzą bohaterowie z Niebiańskiej Sotni i „200 Spartan” z Iłowajska

Nie brak w literaturze dzieł opisujących ostatnie lata, miesiące albo dni pokoju. Obrazów przedstawiających świat sprzed pierwszej lub drugiej wojny, który nieświadomy nadciągającej zawieruchy lada moment miał się rozprysnąć w tysiąc odłamków. Nie do sklejenia. Takie opisy zachowała pamięć rodzinna – do dziś dźwięczą mi wspomnienia mamy z jej pierwszych dorosłych wakacji, kiedy ostatniego dnia sierpnia 1939 r., opalona i radosna, wracała znad morza do Warszawy, ciesząc się, że coś nareszcie zacznie się dziać. Pewną wadą tych wspomnień jest to, że ich autorzy opowiadając, wiedzą, co było dalej. Praca Andrzeja Kępińskiego „Ukraina po obu stronach Dniestru” (w pierwszej chwili sądziłem, że doszło do omyłki i chodzi o dwie strony Dniepru) jest przykładem odmiennym. Autor ukończył ją, zanim rozpalił się Majdan, padły pierwsze strzały, zaanektowano Krym, a na wschodzie rozpoczęła się prawdziwa wojna.

Stąd sielski obraz, skierowany bardziej w przeszłość i przyszłość, i mnóstwo niepewności na temat, w którą stronę nasi pobratymcy ruszą i jak poradzą sobie z naszą trudną historią.
Bo historia w wędrówce autora po obu stronach Dniestru i przez zajęte przez miejscowych separatystów Naddniestrze jest wszechobecna – miasta i twierdze, pola bitew i napotykani ludzie Ukraińcy i Polacy, intelektualiści i księża sprawiają, że praca wielokrotnie przekracza ramy przewodnika. Ukazuje szamotaninę rodzącego się narodu, niepewnego jeszcze, z jakich korzeni powinien być dumny, jaką tradycję może rozwijać. Pramatka Ruś, poczęta w Kijowie i zniszczona przez Tatarów nad Kałką, zawłaszczona została przez Rosję. W dziejach Kozaczyzny, która wedle wyobrażeń dzisiejszych obywateli Republiki jest prawdziwym początkiem Ukrainy, przeważają karty niechlubne. O Chmielnickim otwarcie mówi się jak o zdrajcy, który co prawda stanął na czele zrywu...
[pozostało do przeczytania 32% tekstu]
Dostęp do artykułów: