Bilans

Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś będący z wykształcenia historykiem czynnie uprawiającym politykę, nie stawał czasem przed lustrem i nie zadawał sobie pytań o swoje miejsce w historii. Bywają takie momenty, kiedy działania doraźne – tego wywalić, to rozegrać, to przepchnąć, a tych wykolegować – przestają mieć znaczenie. Chyba że jedyną refleksją będzie chichot: „Kurde, ale wysoko udało mi się wdrapać!”.

Z mojej obserwacji wynika, że Donald Tusk ma zapewnione poczesne miejsce w księdze Guinnessa z jednego powodu. Mało jest przywódców, którzy w trakcie swojej kadencji czmychnęli za granicę tylko dlatego, że pojawiła się perspektywa wysokiej, świetnie płatnej posady z zerową odpowiedzialnością. Do głowy przychodzi mi jedynie Henryk Walezy, który odziedziczywszy tron we Francji, po prostu dał nogę, zostawiając kraj większy od swojej ojczyzny i królową Annę Jagiellonkę. Tusk zostawia Ewę Radomiankę. Lecz tu się podobieństwa kończą, bo trudno sobie wyobrazić, że eksmarszałek wylansuje nam nowego Stefana Batorego. Nawiasem mówiąc, obu tych przywódców naznaczyła w życiu politycznym wielka trauma – Henryka III Noc Świętego Bartłomieja, Donalda I – Smoleńsk.

Oczywiście choć bilans jest kwestią matematyki, można zestawiać go różnie. Np. w kilometrach oddanych do użytku autostrad, w ilości Orlików, w wysokości PKB czy dochodach per capita. Dlatego proponuję na początek rzeczy oczywiste – poziom emigracji. którą rząd światłych, wykształconych miał zahamować, a multiplifikował. Stan demografii będącej zawsze efektem polityki społecznej, a ta przedstawia się rozpaczliwie, czy bezrobocia, może nie najwyższego w Europie, ale gdyby dodać tych, którzy wyjechali szukać pracy... bez komentarza. Mówiąc o zbudowanych stadionach czy autostradach, nie można zapominać o bezprecedensowej rzece forsy, która z Unii runęła na nasz kraj (również dzięki rządom poprzedników). Dopiero przeliczywszy, ile można było za te pieniądze zrobić i w jakim czasie,...
[pozostało do przeczytania 29% tekstu]
Dostęp do artykułów: