Grunwald odnosi sukces

Kalifornijski Rock był mi zawsze bliski. To ciepło, melodyka, harmonia, rytm. Mieszkałem w San Diego i Los Angeles i tam czerpałem inspiracje – z Jerzym Grunwaldem rozmawia Filip Rdesiński

Pojawiła się płyta z wyborem Pana nagrań z lat 70.Wcześniej mogliśmy usłyszeć głos Jerzego Grunwalda w projekcie PutOnRock, a w zapowiedziach koncertowych wspólny występ z zespołem No To Co. Czy to planowany renesans Pana muzyki?
Wszystko się zmienia, My, muzyka, a czas biegnie do przodu. Płytę z utworami z lat 70. słucha się dzisiaj inaczej, ale cieszę się, że jej reedycja miała miejsce. Moja dzisiejsza twórczość jest już w innym miejscu i wygląda nieco inaczej, choć została miłość do melodyki. PutOnRock to okres przejściowy. To muzyka trzech przyjaciół z dawnych lat. Ja nagrywałem chóry i gitary akustyczne, które nadały płycie specyficzny charakter. To ciekawa płyta, nagrana trochę za późno i praktycznie niezauważona. No To Co? Odbieram ten zespół i jego twórczość jako dobrą zabawę. Bardzo miło wspominam ten okres i fajnie będzie wystąpić razem po latach. 

Po odejściu na poczatku lat 70. z No To Co Pana kariera solowa nabrała rozpędu. Dwie świetnie przyjęte płyty, trasy koncertowe, przeboje. I nagle Jerzy Grunwald znika. Dlaczego postanowił Pan zaryzykować i zostawić wszystko „tutaj”, aby spróbować „tam”?  Rynek zachodnioeuropejski to trudny i niepewny kawałek chleba.
Czułem, że potrzebuję realizować swoje pomysły. Praca z No To Co nie wnosiła już nic twórczego. Płyty były podobne, brakowało świeżości, trzeba było się rozstać. Solowe płyty po odejściu zaliczam do udanych. Odniosły sukces komercyjny, ale było mi mało. Fanatyczne słuchanie Radia Luxemburg pomogło mi ostatecznie podjąć desperacką decyzję o wyjeździe. Pod pretekstem wyjazdu na wakacje udało mi się zdobyć wizę amerykańską. Ameryka pozwoliła mi na rozwój umiejętności. Nauczyłem się języka i zacząłem funkcjonować w innym świecie. To było największe wyzwanie w moim...
[pozostało do przeczytania 24% tekstu]
Dostęp do artykułów: