Medialne sumienie

Zastrzeżenie pierwsze – wycofać z uchwały nazwę „Gazety Polskiej”, pozostawiając jedynie nazwisko dziennikarza. Aż strach zastanawiać się nad sensem takiej poprawki – oznaczałoby to sugestię, że jeśli nawet nie wypada bić ludzi, a tym bardziej dziennikarzy, nie dotyczy to osób z „Gazety Polskiej”. Tym przywalenie to czysta zasługa.

Zastrzeżenie drugie – czy „dziennikarz przebywający w namiocie wykonywał pracę dziennikarską?” – bo gdyby akurat pisał na laptopie, nadawał na żywo przez telefon lub robił zdjęcia, to jasne – był na służbie, ale jeśli akurat tego nie robił – to nie był żadnym dziennikarzem, tylko wichrzycielem, uczestnikiem zajścia, elementem agresywnego tłumu, warchołem, który aż się prosi, żeby oberwać.

Przeciwko obecnym na sali naocznym świadkom przytaczano tendencyjne migawki filmowe. I na moment mogło się wydawać, że historia zatoczyła wielkie koło i znów jesteśmy w czasach komuny, kiedy podobne argumenty były w użytku codziennym.

Oczywiście trudno porównywać skalę zjawiska – w 2011 r. nie strzela się do ludzi jak w 1970 r., nie pędzi masowo przez ścieżki zdrowia jak w 1976 r. i nie internuje jak w roku 1981. Jednak przemoc pozostaje przemocą, a język propagandy zachowuje swoją nieśmiertelną retorykę.

18 XII 1970 r. Nazajutrz po krwawych zajściach w Gdyni, podczas których strzelano do bezbronnych ludzi w „Dzienniku Bałtyckim” można było przeczytać o ataku „kilkutysięcznego tłumu przeciw oddziałom wojska i policji, strzegącym zakładów pracy i ważnych obiektów miejskich. Prowokatorzy użyli broni. Do żołnierzy i milicjantów z tłumu padły strzały”.

14 IV 2011 r. o sytuacji na Krakowskim Przedmieściu 10 kwietnia „Gazeta Wyborcza” doniosła: „Komendant warszawskiej Straży Miejskiej skierował do marszałka Sejmu skargę w sprawie znieważenia przez posła PiS Joachima Brudzińskiego strażnika miejskiego podczas niedzielnych uroczystości pod Pałacem Prezydenckim”. To oczywiste PiS-owski warchoł...
[pozostało do przeczytania 56% tekstu]
Dostęp do artykułów: