Lewica linczuje – my wkładamy zbroję

Cóż za pech dla premiera Donalda Franciszka! Sejm tym razem nie okazał się maszynką do głosowania.
Władza ustawodawcza zbiesiła się i nie chciała pełnić roli plutonu egzekucyjnego wobec Mariusza Kamińskiego.
To dobra wiadomość dla porządnych ludzi. Gorsza dla obozu władzy


Premier bredzący coś o pomroczności jasnej swoich własnych posłów z PO budzi już nie gniew, ale po prostu zwykłe rozbawienie. Sejm RP nie wcielił się, jak przez ostatnie siedem lat (oj, było to siedem lat chudych dla polskiej demokracji), w rolę pasa transmisyjnego rządu i zrobił temuż rządowi niezłego figla. 
W piątkowej popołudniowej audycji Programu Pierwszego „Mam swój rozum” świetnie się bawiłem, obserwując zażarte kłótnie palikociarni z platfusami o to, kto bardziej był winny wtopy w tej krucjacie pod hasłem „NIE dla uczciwości!”, „TAK dla korupcji!”. Wyglądało to jak przepychanki chłopczyków w piaskownicy. 
Skądinąd szczególnie rozkoszny był premier Tusk, który chciał ukamienować byłego szefa CBA, ale nie swoimi rękami (czyli głosem) i nie przy swoim udziale. No i jak trampkarz zakiwał się na śmierć (polityczną). 
Obserwowanie tego festiwalu pociesznych postaci, ów kondukt osobliwości – bo przecież nie osobowości – mogły wywołać jedynie pusty śmiech. Towarzysz Miller oskarżający szefów  PO i PSL, że osobiście nie dokonali mordu rytualnego na Mariuszu Kamińskim, był przezabawny. Za wszelką cenę chciał odwrócić uwagę od faktu, że nawet w jego małej, czerwonej łódce o nazwie SLD, która jako żywo nie przypomina „żółtej łodzi podwodnej” z piosenki Beatlesów, ma aż sześciu własnych buntowników, w tym nowo wybranego posła. Cóż, marność nad marnościami. 
Tarcza strzelnicza o nazwie Mariusz Kamiński została wybroniona, choć pewnie za chwilę znów będą do niej strzelać. Ale teraz ogień ciągły liberalno-lewackich ckm-ów skierowany został na prof. Bogdana Chazana, który nie miał w nosie przysięgi Hipokratesa i całe życie ratował dzieciaki...
[pozostało do przeczytania 37% tekstu]
Dostęp do artykułów: